Wyszłam za mąż, czyli alchemia naszego ślubu

wyszłam za mąż 1

 

Wyszłam za mąż i uznaję to za najważniejsze wydarzenie w moim życiu. Wiem, to takie niedzisiejsze. Pewnie powinnam myśleć o ślubie jako o jednym z wielu elementów życia nowoczesnej kobiety. Choć wcale nie tak spektakularnym, jak choćby na przykład założenie własnej firmy, wydanie książki czy podróż do Nowego Jorku. Pewnie powinnam być dumna dopiero z tego, co robię na własne konto i co jest moim osobistym sukcesem. Wszak małżeństwo to tak banalny sposób na życie, tak oczywisty, tak mało dla kobiety ambitny. Ale widzicie, jestem kobietą do szpiku kości romantyczną. Ktoś taki jak ja nie zazna w życiu pełnego spokoju, dopóki nie splecie swojej drogi z ukochaną osobą, dopóki nie poczuje przy sobie silnego, męskiego ramienia. I nie przekona się, że to na pewno właściwe ramię, że można przy nim i spokojnie zasnąć, i zdobywać gigantyczne góry. Bo takie romantyczne typy czują bardzo mocno, że nie wszystko można osiągnąć w pojedynkę. Też tak macie? Jeśli tak, nie warto się tego wstydzić. Warto włożyć całą możliwą energię w to, aby znaleźć fantastycznego partnera i żeby tak samo dobrym partnerem się stać. I wtedy jest szczęście. Wtedy jest ślub. Albo przynajmniej świadoma i dobrowolna decyzja towarzyszenia sobie w życiu, niesamowite uczucie spełnienia i spokój.
Dziś opowiem Wam, jak wyglądał mój wielki dzień i pokażę parę zdjęć, jeszcze nieoficjalnych, wyłudzonych od rodziny i znajomych :) Contine reading

Friendzone: zagubieni między przyjaźnią a miłością

friendzone

 

Porozmawiajmy dzisiaj o friendzone.  O tej dziwacznej huśtawce pomiędzy przyjaźnią a romantyczną miłością, z której tak wielu z nas nie potrafi zejść. O tym przypadkowym, acz chyba nieuniknionym produkcie naszych czasów, gdy w związkach międzyludzkich panuje pełna dowolność, granice są cienkie i właściwie wszystko nam wolno. Nie wypada chyba tylko mieć wobec siebie zbyt wielkich oczekiwań. To jak nienaturalnym stanem jest friendzone i jak bardzo stała się symbolem współczesnych, pogmatwanych relacji, uświadomiła mi kiedyś moja babcia. Jak to ona – jednym, celnym komentarzem. Ten twój chłopak to taki przyjaciel… czy narzeczony? – zadała mi kiedyś bezpośrednie pytanie. I chociaż próbowałam jej tłumaczyć, że chłopak to chłopak, że jest dla mnie kimś więcej niż zwykłym kolegą, ale póki co nie planujemy stanąć na ślubnym kobiercu – za nic nie mogła mnie zrozumieć. A może nie chciała. Myślę, że to kwestia zbawiennie prostego sposobu patrzenia na życie. I kwestia myślenia, które owszem, być może jest reliktem minionych czasów i surowszych obyczajów, ale zaskakująco wiele w nim świeżości i radykalnego nazywania rzeczy po imieniu. Moja babcia, jak pewnie wiele innych, jest trochę niedzisiejsza. W związku z czym patrzy na ten świat nieco z boku i często widzi jego wywrócony do góry nogami porządek. My nie mamy takiego dystansu. Żyjemy wewnątrz sieci megaelastycznych zasad, które sami sobie ustanowiliśmy. I od których odbijamy się jak od poluzowanej gumki w majtkach, gdy chcemy choć trochę przesunąć granicę bliskości.

A przecież zawsze chodzi o bliskość. Contine reading