Friendzone: zagubieni między przyjaźnią a miłością

friendzone

 

Porozmawiajmy dzisiaj o friendzone.  O tej dziwacznej huśtawce pomiędzy przyjaźnią a romantyczną miłością, z której tak wielu z nas nie potrafi zejść. O tym przypadkowym, acz chyba nieuniknionym produkcie naszych czasów, gdy w związkach międzyludzkich panuje pełna dowolność, granice są cienkie i właściwie wszystko nam wolno. Nie wypada chyba tylko mieć wobec siebie zbyt wielkich oczekiwań. To jak nienaturalnym stanem jest friendzone i jak bardzo stała się symbolem współczesnych, pogmatwanych relacji, uświadomiła mi kiedyś moja babcia. Jak to ona – jednym, celnym komentarzem. Ten twój chłopak to taki przyjaciel… czy narzeczony? – zadała mi kiedyś bezpośrednie pytanie. I chociaż próbowałam jej tłumaczyć, że chłopak to chłopak, że jest dla mnie kimś więcej niż zwykłym kolegą, ale póki co nie planujemy stanąć na ślubnym kobiercu – za nic nie mogła mnie zrozumieć. A może nie chciała. Myślę, że to kwestia zbawiennie prostego sposobu patrzenia na życie. I kwestia myślenia, które owszem, być może jest reliktem minionych czasów i surowszych obyczajów, ale zaskakująco wiele w nim świeżości i radykalnego nazywania rzeczy po imieniu. Moja babcia, jak pewnie wiele innych, jest trochę niedzisiejsza. W związku z czym patrzy na ten świat nieco z boku i często widzi jego wywrócony do góry nogami porządek. My nie mamy takiego dystansu. Żyjemy wewnątrz sieci megaelastycznych zasad, które sami sobie ustanowiliśmy. I od których odbijamy się jak od poluzowanej gumki w majtkach, gdy chcemy choć trochę przesunąć granicę bliskości.

A przecież zawsze chodzi o bliskość.

 

O relacjach typu friendzone napisano już bardzo wiele. Przeważnie są to apele do poczucia własnej wartości. Lekko kpiące i traktujące z góry tych, którzy jeszcze nie wpadli na to, żeby przenieść zabawki do innej piaskownicy. Zamiast uparcie bawić się w takiej, w której nikt nie doceni naszych babek z piasku. Generalnie nie lubimy friendzone, a utknięcie w niej traktujemy jako coś w rodzaju życiowego frajerstwa.

Mi daleko do naśmiewania się z okoliczności, w których ludzie angażują się uczuciowo. Owszem, z zewnątrz może wyglądać to na frajerstwo albo regularnie powtarzający się pech w relacjach z płcią przeciwną. Ale ja w każdej osobie, zawieszonej pomiędzy miłością a przyjaźnią, widzę człowieka spragnionego bliskości. A w każdym pechowcu kogoś, kto nieświadomie popełnia wciąż te same błędy.

Dlatego proponuję Wam spojrzenie na friendzone z dystansu, jakiego nie powstydziłaby się moja własna babcia.  Chodźcie, zobaczymy o co w tym chodzi, kto, z kim, jak i przede wszystkim dlaczego.

 

Chcę z kimś być

 

Najwięcej pogmatwanych relacji z osobami płci przeciwnej mają ci, którzy w głębi serca marzą o byciu w związku. Ale nawet sami przed sobą nie chcą tego przyznać. Każda sytuacja typu friendzone kręci się wokół samotności i skrytego pragnienia posiadania ukochanej osoby. Tu nie ma miejsca na obojętność i nie są prawdą rzucane lekko stwierdzenia, że właściwie nikogo się nie szuka i że dobrze jest być samemu. Jeśli komuś naprawdę dobrze żyje się solo, to nie krąży miesiącami wokół jednej osoby, analizując jej gesty, słowa i czekając na znaczące spojrzenia. Tak robią osoby tęskniące za związkiem.

Często jest to ukryte pragnienie, zepchnięte bardzo mocno do podświadomości. Ale właśnie z tego poziomu silnie kształtuje sposób patrzenia na świat. Osoby dążące do związku mają specjalną optykę postrzegania innych ludzi, zwłaszcza życzliwych i opiekuńczych przedstawicieli płci przeciwnej. Dlatego chętnie interpretują wszelkie pozytywne zachowania jako oznakę zainteresowania swoją osobą. Równie chętnie zaliczają wspólne pasje, przegadane godziny czy kilometrowe spacery na poczet rozpoczynającego się związku. Nie widzą tego, że ich przyjaciel/przyjaciółka jest po prostu dobrą duszą, ma swobodny styl bycia i wielu innych przyjaciół, z którymi równie chętnie spędza czas. Osoby w ten sposób  zaprogramowane na związek szukają go tam, gdzie mają już przetarte szlaki, wśród bliskich i znajomych. Chciałyby wejść w niego niejako tylnymi drzwiami, chciałyby żeby związek sam się im przydarzył naturalnie ewoluując z przyjaźni. To bardzo bezpieczna opcja. Natomiast stosunkowo rzadko umawiają się na randki. Dlaczego – o tym dalej.

Muszę jeszcze zaznaczyć, że opisany wyżej wzorzec pakowania się w sytuację typu friendzone dotyczy głównie dziewczyn. Panowie zachowują się nieco inaczej. U nich pragnienie związku bardzo często rodzi się wraz z poznaniem fascynującej dziewczyny, z którą bardzo chcieliby być. Przyjaźń od samego początku ma być tylko etapem. A to, że się przedłuża i nic z niej nie wynika, jest efektem nieśmiałości i strachu przed zdecydowanym działaniem. Mężczyźni rzadziej fiksują się na pragnieniu jakiegokolwiek związku. Chcą mieć konkretną kobietę albo ściśle określony typ kobiety. Ale boją się po nią sięgnąć.

 

Przyjaźnie zamiast randek

 

No właśnie. Osoby, które często błądzą między przyjaźnią a miłością to równocześnie takie, które rzadko chodzą na randki. Skąd ten paradoks? Umawianie się na randki to otwarty komunikat, że jestem osobą wolną i gotową na związek, że kogoś sobie szukam. Czyli dla niektórych najbardziej naturalna postawa na świecie. Ale już dla osób niepewnych siebie i nie wierzących we własne powodzenie u płci przeciwnej randki są barierą bardzo trudną do pokonania. Podobnie dla tych, którzy mocno rozczarowali się poprzednimi związkami albo nigdy w żadnym nie byli. Po prostu czasem lepiej uznać, że sfera uczuciowa w ogóle nas nie interesuje i zadeklarować się jako zadowolony ze swojego życia singiel.

Często słyszy się, zwłaszcza z ust dziewczyn: „jeszcze nie jestem gotowa na związek”. Bo muszę poukładać sobie w głowie albo otrząsnąć się po poprzednim rozczarowaniu. Generalnie jest to całkiem rozsądna postawa, bo cóż bardziej godnego pochwały niż praca nad sobą i dawanie sobie czasu? Bywa jednak, że dokładnie te same dziewczyny lgną do swoich męskich znajomych, pod płaszczykiem przyjaźni szukając ich zainteresowania i potwierdzenia własnej kobiecości, urody, wyjątkowej roli w czyimś życiu. To nie pomaga w budowaniu pewności siebie. Wręcz przeciwnie, stwarza sytuację typu friendzone, która często kończy się kolejnym rozczarowaniem i kolejnymi kompleksami. Problem polega na tym, że osoby, które „nie są gotowe na związek” bardzo rzadko robią coś, aby do tego dojrzeć, a bardzo często wchodzą w relacje, co do których żywią nadzieje, że może jednak coś z tego będzie.

Dlatego czasem naprawdę warto umówić się na randkę. Założyć profil na portalu randkowym, zapisać się na speed dating albo dać swój numer telefonu kumplowi koleżanki. Przede wszystkim po to, żeby zorientować się, na czym w tym momencie naprawdę nam zależy. To żaden wstyd pragnąć i szukać miłości. Dojrzewanie do związku zaczyna się od podstawowej szczerości wobec samego siebie.

 

Między strachem a decyzją

 

Friendzone to taki martwy punkt, z którego trudno ruszyć w jakimkolwiek kierunku. Niby przyjaźń, a więc jakiś rodzaj bliskości, więź, która w pewnym stopniu nas zaspokaja i daje wiele radości. To stan, w którym życie kręci się wokół bliskiej sercu osoby, która jednak do nas nie należy. Która ma prawo do dowolnej ilości takich przyjaźni. To w końcu stan, który męczy, więc co jakiś czas nachodzi nas ochota żeby coś zmienić. Cokolwiek, byle już wiedzieć, że „tak” albo że „nie” i rozerwać plątaninę domysłów.

Najczęściej nie robimy jednak ani jednego kroku. Ponieważ paraliżuje nas strach, przede wszystkim przed obnażeniem własnych uczuć. Kobieta boi się pierwsza przyznać, że jej zależy, boi się rozczarowania i tego, że tak głupio się pomyliła wierząc, że coś z tego będzie. Mężczyzna panicznie boi się tego, że nie jest wystarczająco dobry, aby być dla niej kimś więcej. Jest nam też zwyczajnie głupio okazać uczucia osobie, z którą świetnie się czujemy i tę fantastyczną nić porozumienia zepsuć. Wiemy doskonale, że „potem” już nigdy nie będzie tak samo, więc trzymamy się trochę gorszego „teraz”. Można również odejść. Można całkowicie odciąć się od sytuacji, która sprawia nam ból. Ale tu pojawia się kolejny strach. Ponieważ nie potrafimy nawet wyobrazić sobie życia bez osoby, która teraz całkowicie je wypełnia. I nie umiemy znaleźć powodu, aby tak po prostu wszytko przeciąć. Ostatecznie przecież tu i teraz nie dzieje się nic złego…

A jednak. Friendzone tylko z pozoru nikogo nie krzywdzi, w rzeczywistości jest jak klatka, w której sami zamykamy się na klucz. W tego typu relacje wkładamy ogromne ilości energii i zaangażowania, przez co stajemy się ślepi na innych ludzi oraz inne możliwości. Bardzo często żyjemy od spotkania do spotkania z obiektem naszych uczuć, całą resztę życia wypełniając wyobraźnią. Życiowo stoimy w miejscu. I choć pod wieloma względami ten czas może być twórczy – możemy dowiedzieć się o sobie wielu nowych rzeczy – to jednak przedłużanie go nie doprowadzi do miłości, o której marzymy. Do tego może zbliżyć nas jedynie trudna decyzja, wymierzona w jeden z największych lęków. Wyznaję swoje uczucia. Albo znikam z jego życia. Albo mówię, co mi leży na sercu i przyjmuję każdą odpowiedź. A potem, niezależnie od tego co się wydarzyło, biorę głęboki oddech i idę dalej.

(Polecam tekst, który napisałam z okazji walentynek – Kto pierwszy mówi kocham – tam znacznie więcej o takich trudnych wyznaniach.)

 

Friendzone po drugiej stronie lustra

 

Oczywiście friendzone nie jest problemem tylko jednej osoby – dotyczy obydwu zaangażowanych stron. Całkiem możliwe, że czytając ten tekst utożsamiasz się z osobą, która ma zupełnie inne doświadczenia i raczej przyciąga wielbicieli niż sama do nich należy. To również bardzo kłopotliwa sytuacja. Również może być bardzo męcząca i trudno rozwiązać ją w delikatny sposób. Tym bardziej, że na osobach, które są obiektem czyichś uczuć ciąży odpowiedzialność, aby tych uczuć nie zranić. I naprawdę nie ma sensu tłumaczyć, że się o niczym nie wiedziało. Że zakochany wzrok najlepszej przyjaciółki brało się za objaw całorocznej alergii na wiosenne pyłki, a częste zaproszenia na kawę tłumaczyło uzależnieniem od kofeiny. Trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której przegapiamy uczucia bliskiej osoby, którą znamy na wylot. Zazwyczaj dobrze wiemy, kto jest w nas zakochany.

W takiej sytuacji dochodzą do głosu egoistyczne uczucia, takie jak próżność i zwykła przyjemność posiadania kogoś oddanego przy swoim boku. Ale zwykle odzywa się również poczucie przyzwoitości i zakłopotanie uczuciami, których nie potrafimy odwzajemnić. W przypadku, kiedy Ty widzisz jego zakochanie, a on nie widzi, że go nie kochasz – piłeczka leży po Twojej stronie. Co nie znaczy, że można ją łatwo odbić, nie robiąc komuś kuku. Nie chcę się mądrzyć i udawać, że znam idealne rozwiązanie takiej sytuacji. Powiem Wam tylko, że o ile potrafiłam grzecznie podziękować chłopakowi, z którym umawiałam się na randki, o tyle nie umiałam tak jednoznacznie zakończyć relacji z kolegą, który był we mnie zakochany. Nigdy nie powiedział mi o swoich uczuciach, więc mi z kolei niezręcznie było powiedzieć, że o nich wiem. Oto dlaczego friendzone jest tak kłopotliwą sytuacją dla obydwu stron. Oto dlaczego niektórzy specjalnie ją wybierają, aby uniknąć randek, z których każda może być ostatnią. W moim przypadku pomogło znaczne rozluźnienie przyjaźni, która nawiasem mówiąc była bardzo fajna i w innej sytuacji na pewno bym ją kontynuowała. Wydaje mi się, że wybrałam dobro mojego zakochanego kolegi. Ale czy na pewno była to najlepsza decyzja i najmniejsze zło – tego nie umiem powiedzieć. Może byliście w takiej sytuacji, albo przychodzi Wam do głowy lepsze rozwiązanie?

 

Nie jesteśmy w stanie zdecydować w kim się zakochamy. Friendzone również nie jest naszym wyborem. Jest powoli narastającą sytuacją, której wcale nie zapraszaliśmy do naszego życia. Ale gdy już zostanie zidentyfikowana, przychodzi czas na decyzje. Brak decyzji to również decyzja, niestety najgorsza z możliwych. Warto się określić. Warto przyznać się do najgłębszych pragnień i dać sobie prawo do podążania ich śladem. Życzę Wam dobrych decyzji i dobrych związków. Uciekajcie z miejsc, w których są niemożliwe.

 

PS Być może ten tekst pomoże podjąć dobrą decyzję Twojej przyjaciółce, siostrze czy koledze, którzy mają pecha w związkach. Daj im szansę go przeczytać, udostępnij lub podlinkuj! Być może sytuacja typu friendzone przydarzyła się Tobie – podziel się swoim doświadczeniem w komentarzach!

PS2 Kochani, wiem że w ostatnim czasie miałam na blogu okrutną przerwę. To dlatego, że wzięłam ślub, co tu dużo gadać 🙂 Opowiem Wam o tym następnym razem i obiecuję że nie będziecie już musieli tak długo czekać 😉

.

gosia

 

 

 

.

zdjęcie

  • dobrze zrobiłam, kiedy prawie trzy lata temu zakończyłam pewną znajomość. oj, bardzo dobrze, chociaż bolało i nadal trochę boli.

  • Strasznie nie lubię określenia friendzone. To takie słowo-wytrych którego używaj faceci, gdy okazuje się, że koleżanka która jest dla nich miła, wcale ich nie kocha. A potem to ona jest ta zła.
    Wydaje mi się, że to mężczyźni częściej wpadają w friendzony. Znam tylko jeden przypadek kobiety tkwiącej w takim układzie, a facetów – całkiem sporo. Nawet mnóstwo. Też niestety musiałam zakończyć kilka znajomości z tego powodu, że druga strona chciała o wiele więcej, mimo, że ja nigdy nic nawet nie sugerowałam. I dlatego uważam, że jedynym dobrym wyjściem z takiej sytuacji jest zerwanie wszelkich kontaktów. Na jakiś czas albo na zawsze. I to właśnie ta strona, która widzi, że ktoś jest w niej bez wzajemności zakochany powinna to zrobić. Dla obopólnego dobra, bo dla nikogo nie jest to sytuacja komfortowa.

    Ps.
    ponownie wszystkiego najlepszego, spełnienia wszystkiego tego, co sobie tylko wymarzycie ;*

    • Ja znam więcej sytuacji ze strony dziewczyn, niektóre przychodzą w mailach. To też dlatego, że mam wyostrzony radar na takie rzeczy, no i wysłuchałam niejednej historii. Z drugiej strony masz rację, faceci też się z tym męczą. Tym bardziej że są dużo bardziej nieśmiali i niezdecydowani, niż nam się wydaje.
      Dziękuję :*

  • Friendzone to temat-rzeka, można o tym mówić i mówić (sama napisałam o tym dawno temu tekst), a i tak nigdy nie dotrzemy do tych wszystkich ludzie, którzy w nim tkwią i po prostu cierpią. Mnie z jednej strony jest żal takich osób, a z drugiej nie do końca rozumiem dlaczego tak mało w nich odwagi, by się od tego uwolnić. Wiem, że to miłość (albo wydaje im się, że miłość), potrzeba bliskości i tak dalej. Ale dobrze byłoby, gdyby ci ludzie uświadomili sobie w końcu, że są kowalami własnego losu i nie mogą pozwolić sobie na takie traktowanie, choćby nie wiem co.

    • Widzisz, dla niektórych friendzone to temat-rzeka i coś oczywistego. Ale wydaje mi się, że ci, którzy naprawdę mają ten problem, zupełnie nie zauważają w czym tkwią. Albo nie chcą tego widzieć, bo wolą się łudzić. Pewnie, że takim osobom przydało by się więcej odwagi i pewności siebie. Ale z drugiej strony człowiek dorasta do takich rzeczy i uczy się trudnych decyzji. Może friendzone to taki etap w życiu, który trzeba przejść, żeby dojrzeć do dobrego związku?

  • Bardzo prawdziwe. Cieszę się, że wspomniałaś również o tym, jak to wygląda z tej drugiej strony – miałam takiego przyjaciela zakochanego we mnie, ba , nawet dwóch. I faktycznie to fajne uczucie wiedzieć, że się komuś podobam, ale to również trudna sytuacja. W jednym przypadku „przyjaciel” sam się odkochał, teraz jest w szczęśliwym związku i niezmiernie mnie to cieszy, zawsze życzyłam mu jak najlepiej. W drugim przypadku za to nie było tak kolorowo – gdy wyszłam za mąż „przyjaciel” bardzo mocno to przeżył, od innych znajomych wiedziałam, że leczył się z depresji. Źle się z tym czułam choć tak naprawdę ciężko mówić, że była to moja wina. Nie wiedziałam co mam zrobić, czy porozmawiać, skoro on nigdy wprost mi nie wyznał swoich uczuć… Kontakt nam się urwał i tego również mi szkoda, bo rzeczywiście mieliśmy sporo wspólnego i uwielbiałam z nim rozmawiać.

    P.S. Gratulacje i wszystkiego dobrego! 🙂

    • I pewnie zawsze zostaniesz dla niego pierwszą, niespełnioną miłością. Może po pewnym czasie tylko pięknym wspomnieniem i sentymentem. A może utkwisz mu w głowie na długie lata, przez co będzie mu trudno ułożyć sobie życie… Tego nie wiemy i to zależy już tylko od niego. Bo przecież wyjście za mąż powinno być już ostatecznym komunikatem, że o tej kobiecie należy zapomnieć.
      Dziękuję Aniu 🙂

  • Bardzo dobry tekst i również jestem trochę przeciwniczką słowa friendzone. Niestety większość Twojego tekstu, a może i stety jest o mnie, bo co nieco dowiedziałam się z niego..m.in to, dlaczego przeraża mnie fakt umawiania się na randki. Pamiętam jak podejmowałam 2 lata temu kolejną próbę, na razie ostatnią bo już trzecią, znalezienia sobie przez portal randkowy osoby gdzie wyraźnie zaznaczałam i skracałam Twój można powiedzieć cały tekst do krótkiego – jeśli dasz mi palec, uważaj, bo złapię całą rękę. Pewnie niewiele z płci męskiej rozumiało tę aluzję. Choć może się mylę i jednak faceci są choć trochę domyślni ? Przerwałam 2 dobre znajomości zawarte na portalu z własnej winy, bałam się już drugiej randki, za to byłam nachalna w smsowaniu….poczuli się zagrożeni. Jestem ciekawa czy nie popełniłabym tych samych błędów jakbym ponownie zarejestrowała się na portalu. Na razie nie chcę. Bo na razie wzdycham do mężczyzny w pracy 6 lat starszego ode mnie o którym praktycznie mało wiem, mało o sobie mówi, co jeszcze bardziej jest pociągające..typowe 😉 Chyba muszę jeszcze raz przestudiować lekturę”Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” 😉 Ale z drugiej strony? Dlaczego koleżanki z pracy karzą mi udawać nieporadną i milutką osobę w stosunku do niego? Od zawsze uważałam się za osobę niezależną i taką której mottem jest”umiesz liczyć, licz na siebie”. Dlaczego mam udawać kogoś kim nie jestem? To bardzo trudne. Jak ten swój głupi mózg zaprogramować, żeby jednak każdego sympatycznego gestu ze strony kolegi z pracy, nie traktować jak przejaw do „czegoś więcej”…

    • Przede wszystkim przestań słuchać koleżanek 🙂 Przy odpowiednim mężczyźnie będziesz potrafiła być sobą i będzie to świetne uczucie. Wtedy będziesz mogła pozwolić sobie i na uległości i na niezależność, i wszystko będzie ok.
      A mózg trzeba zaprogramować przede wszystkim na dobroć dla samej siebie. Najpierw ja, potem ewentualnie związek, nie ma lepszej kolejności.

  • Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia!!! ;)) Miłości, miłości, miłości! 😉 A co do tekstu bardzo podoba mi się, że ujęłaś temat psychologicznie i z racjonalnej perspektywy. Zazwyczaj wszyscy Ci, którzy tkwią we friendzone są pośmiewiskiem w szkołach, na podwórkach i w Internecie. Ty pokazałaś ich jako normalnych ludzi, spragnionych miłości. Wielki plus za to!

    • Dzięki, dzięki 🙂
      A no właśnie, to ludzie spragnieni miłości, jak my wszyscy, tylko mają do niej trochę bardziej kręte ścieżki.

  • Gosia, to już PO? Świetnie, samych wspaniałości życzę! <3
    Ja swojego S. aż rok trzymałam w tej strefie, ze względu na brak zdecydowania. Sporo się napracował, żeby mnie do siebie przekonać, bo miałam uraz do tych na S. 😉
    Ciekawe jest to, co piszesz o babci – mój dziadek do momentu zaręczyn nazywał mojego lubego "kolegą". Zawsze 😉

    • Julia, o taką perełkę jak Ty warto się starać latami. I myślę, że Twój dziadek też tak uważa 😉
      Już po, tak niespodziewanie szybko 🙂 Dziękuję za życzenia :*

  • mia

    A ja wielokrotnie pakowałam się w friendzone. Byłam sama i wiecznie się w to pakowałam. Miałam mnóstwo takich kolegów, którym poświęcałam sporo uwagi, analizowałam każdy gest, pisałam do nich na fb, wiedziałam, że jestem w nich zakochana ale uważałam ich za moich przyjaciół, uważałam, że to sa dobrzy przyjaciele. Oni w większości mieli dziewczyny, ale znaleźli czasem chwile żeby dac mi ten ochłap zainteresowania, gdzies ze mną wyjść jako z koleżanką etc. a ja dopowiadałam sobie, że może jednak im sie podobam etc. To trwało latami, nie miałam faceta i to było bardzo toksyczne, męczące dla mojej psychiki, że ci faceci sa mili, pomagają etc. widac było, że na nich lecę, a oni to lubili, poświęcałam im całą moją uwagę, a oni mi tyle ile mogli. Lubili mnie bo mieli swoją wielbicielkę, takich facetów było kilku!!!! równocześnie. Ale w końcu spotkałam mojego chłopaka, to było jak piorun z jasnego nieba, zakochałam się w sekundę, on też. Wszyscy moi koledzy przestali się dla mnie liczyć, przetsałam o nich zabiegać, dbać i po roku bycia z moim facetem jesteśmy znajomymi z tamtymi facetami, ale już nie piszemy ani nic, już ich nie kokietuję etc. z tym, że ich znałam wiele lat i własnie nawet wolnych nie zapraszałam na randki tylko trwałam w tej udawanej przyjaźni, bo nie byłam zdecydowana, a jak poznałam mojego faceta to nie miałam chwili zastanowienia, od razu pierwszego dnia kiedy spotkaliśmy się w pracy się umówiliśmy – zostaliśmy parą po tygodniu znajomości, to była taka eksplozja uczuć. Ale idealnie opisałaś friendzone, tak własnie jest i jeszcze zawsze rozważałam jak wazna jestem dla moich kolegów etc. że jestem taka ważna, że z żadną dziewczyną nie mają takiej fajnej znajomości. Ha ha człowiek wariuje z samotności!

    • Dziękuję za Twoją historię! Poznałaś friendzone od podszewki. Chciałabym, żeby wiele innych dziewczyn, potrafiło, jak Ty, odnaleźć swoje szczęście 🙂

  • Pingback: Blogi o relacjach damsko-męskich - SOCJOPATKA.PL()

  • Bardzo ciekawa analiza…chyba takie manewrowanie między dwoma stanami sprawiło, że dotąd jakoś trudno uwierzyć mi w przyjaźń damsko-męską…