harmonia wewnętrznych demonów

harmonia wewnętrznych demonów1

 

Czasem zbyt dużo rozumiem. Potrafię przyjąć tyle punktów widzenia, że gdzieś po drodze tracę swój własny. Potrafię spojrzeć z tak wielu perspektyw, że nie wiem, która jest najlepsza. A są przecież takie, które się wykluczają.

Czasem mam wrażenie, że najbardziej pociągają mnie sprzeczności. Mam ochotę przyciągnąć je do siebie, wziąć na obie ręce i utulić do snu. Pojednać w sobie to, co było dwoma biegunami. Wiem, że to możliwe. Sama jestem z nich złożona i w delikatnej równowadze niosę je przez świat.

 

Czasem jestem niewyczerpanym źródłem bezpieczeństwa i spokoju. Ze mną na pokładzie wszystko się udaje. Wszystko idzie lepiej i naturalnie wkracza na właściwe tory. Posiadam właściwości uspokajające i kojące. Antyseptyczne, tonizujące i łagodzące ból. Czasem jestem lekiem na całe zło. Można mnie dawkować i sprzedawać w aptekach… Wyłącznie na receptę. 

Ale czasem jestem jak dziecko, które bezradnie podnosi oczy ku górze. Niech ktoś mnie podniesie i przemówi do mnie czule. Niech mi wytłumaczy, że wszytko się ułoży. Czasem potrzebuję pewnego prowadzenia za rękę. Wyjaśnienia najbardziej oczywistych spraw. Czyichś dobrych słów, jak tabletek do ssania. Chłodnej dłoni na moim rozpalonym czole. 

 

Czasem bardzo mocno stąpam po ziemi. Zanurzam się w rzeczywistości, nawet tej deszczowa i szarej. Kontroluję każdy oddech, odmierzam każdy krok. Robię dokładnie to, co trzeba, więc można na mnie liczyć. Zdrowy rozsądek jest moim wiernym towarzyszem, odpowiedzialność nierozłączną siostrą. Planuję i nazywam, porządkuję sobie świat. I myślę wtedy: niewiele może mnie zaskoczyć. 

Ale czasem… przysięgam, że słyszę szum anielskich skrzydeł tuż nad głową. Śnią mi się wrony i natychmiast muszę wiedzieć, co to znaczy. Lekkomyślnie wierzę bardziej w dobro, niż w zło. Bardziej w niebo, a w piekło prawie wcale. Czasem najbardziej na świecie ufam własnej intuicji. Patrzę na ten świat z dystansu, przeczuwając, że o coś więcej tu chodzi. Patrzę więc na niego mrużąc oczy… Bo spod rzęs lepiej widać magię i nieoczywistości.

 

Czasem widzę, że ludzie mają ze mną problem. Nie mieszczę się w definicjach, trudno mnie określić jednym słowem, zrozumieć i odesłać w niepamięć. Zawsze jestem gdzieś z boku albo gdzieś pomiędzy. Nie pasuję dokładnie do żadnego szablonu. Nie pamiętam od jak dawna mi to nie przeszkadza. Nie pamiętam… gdzieś po drodze musiałam zgubić wygodne buty utartych schematów. Widocznie uwierały.

Tylko, że czasem… czasem myślę, że dobrze byłoby wejść do jakiejś szuflady. Takiej z etykietką, która wszystko wyjaśnia. Przekonać samą siebie, że to moje miejsce. Czasem, przez krótką chwilę chcę zniknąć w tym tłumie. Dopasować się i popłynąć z milczącą zgodą na ustach… Lecz to mija, jak zimny dreszcz. Otwieram szerzej oczy i głębiej oddycham.

 

Czasem wręcz ciągnie mnie do ludzi. Potrafię jednym słowem skrócić przeogromny dystans. Rozdaję hojną ręką uśmiechy i rozmowy.

Ale czasem nie chcę. Niczego i nikogo. Odsuwam się, nie odbieram, nie słyszę. Idę na daleki spacer sama ze sobą.

Czasem stanowię centrum dystrybucji dobrych wiadomości.

A czasem tych bardzo złych. Przyjmuję każdą z taką samą troską. Łagodzę te, które trzeba. Ubieram w odpowiednia słowa. Tłumaczę na zrozumiałe języki. A potem wysyłam dalej w świat, jak okręty w nieznane.

Czasem robię rzeczy, na które ledwo mam odwagę. Rozpadam się na kawałki i sklejam na nowo. Przekraczam swoje własne zielone granice.

A czasem potykam się o kamyki banalnego strachu. W najbanalniejszych sprawach. I przewracam się, i nie mam siły iść dalej.

Czasem moje oczy są zielone, a  czasem szare…

 

Jestem więc matką oswojonych sprzeczności. Każdej z ich znajduję miejsce i bliźniaczą siostrę. Każda jest moja, cenna i potrzebna.

Tak, czasem mocno się ścierają, a ja przeżywam burze. Wówczas jedne słabną, a inne rosną w siłę. Nauczyłam się już to rozumieć. 

Bo wypadkową wszystkich burz jest harmonia i spokój. 

 

* * *

Już dawno odkryłam, że jako kobieta składam się ze sprzeczności.  Nauczyłam się to akceptować. Nie tłumić żadnej z dominujących sił. Nie nadawać sobie konkretnego charakteru. W jakiś przedziwny sposób udaje mi się łączyć to wszystko w sobie i utrzymywać względną harmonię. Nauczyłam się kochać te moje demony.

Mówi się, że jesteśmy skomplikowane. Że najczęściej nie wiadomo o co nam chodzi. Czasem nosimy w sobie poczucie winy z tego powodu. Niesłusznie.  Wszystko, co w sobie mamy jest prawdziwe i  potrzebne. Wszystko jest siłą, lub prowadzi do siły. Czasem wystarczy wsłuchać się w wewnętrzne demony. Pozwolić im działać. Poznać i oswoić.

 

harmonia wewnętrznych demonów2

zdjęcia: 1, 2

gosia

  • Napisałaś to tak lekko, a temat przecież poważny. Wygląda na to, że również tutaj pojednałaś dwie sprzeczności 🙂

  • Chyba nie ma kobiety, która nie byłaby czasami sprzecznością sama w sobie. Ale chyba nie da się tak. Żyć tylko jednobiegunowo i płynąć z prądem. To zbyt nudne, płytkie, a jednocześnie czasami żałuję, że tego nie potrafię. Bo to łatwiejsze rozwiązanie i jak nie pasujesz do schematów to jest trudniej.

    • Jest trudniej, to prawda. Ale myślę,że to leży tak głęboko w naszej naturze, że często jesteśmy nieszczęśliwe dopasowując się do schematów.

  • Jak zwykle pięknie napisane 🙂 Od zawsze ktoś mi wmawiał (a może troszkę sama sobie?), że powinnam być konsekwentna w tym co mówię. Tylko, że trzymanie się swoich zasad i dotrzymywanie słowa to jedno, a fakt, że jednego dnia chciałabym zwojować świat, a innego schować się i nie wystawiać nosa spod kołdry – to drugie. I w tym nie ma nic złego! Nie jesteśmy zaprogramowanymi robotami działającymi według schematów, każdy z nas ma swoje uczucia, myśli, lepsze i gorsze dni. U kobiet, przez ich wrażliwość, jest to może bardziej widoczne i stąd to przekonanie, że jesteśmy skomplikowane 🙂 A ten cytat zapisałam sobie jeszcze będąc w liceum: „W każdym człowieku istnieje coś takiego jak wewnętrzny dysonans i niespójność. Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonuje czynów, których sam często nie rozumie. Dlaczego tak jest? Dlatego, że człowiek nie jest Bogiem, nie jest też aniołem, ani jakąś nadistotą, a jedynie małym pielgrzymem w długiej, dalekiej drodze swojego życia. Własne słabości czynią go wyrozumiałym i łagodnym w stosunku do innych”. P. Bosmans

    • Ach, Bosmans, on jest dobry na każdą okazję 🙂
      Tak, we mnie też jest dużo różnych nastrojów i emocji. Teraz już pozwalam im przez siebie przepływać swobodnie.
      Ja również myślę, że u kobiet jest to szczególnie widoczne i nawet w jakiś sposób… napiętnowane? A tymczasem my nigdy nie będziemy tak poukładane jak mężczyźni. Kierujemy się bardziej instynktami i przeczuciami, a to są żywioły, które trudno zrozumieć i okiełznać.

  • Margerytka

    „a we mnie samej wilki dwa…” ?
    pięknie to ujęłaś… może czas to zaakceptować w sobie że jestem… różna?

  • Wiadomo – najlepsza czekolada z chili, bo w tej sprzeczności smaków tkwi głębia smaku 🙂
    Znowu czuję się jakbyś napisała tekst o mnie :)))

    • Masz rację, dlatego to takie genialne połączenie!

  • W takim razie mój demon jest moją przyjaciółką, powiernicą, wybawicielką i rozśmieszaczem:) Ja mam podobnie. Niby jestem wesoła i towarzyska, w grupie ludzi lubię być przywódcą, zawsze wygadana, z każdym na każdy temat, a są chwile, gdy uciekam przed ludźmi. Idąc przez miasto świadomie wybieram trasy, gdzie spotkam jak najmniej ludzi, idąc w góry jestem, aż zła, gdy w totalnej głuszy, na odludziu kogoś spotykam,bo psuje mi moją przestrzeń;) myślałam,że to dlatego, że jestem bliźniakiem, ale chyba za bardzo nie kieruję się horoskopami i znakami. Pokochałam w sobie właśnie tę różnorodność barw i zupełnie mi to nie przeszkadza! Dzięki temu jaka jestem mam takie bogate wnętrze i wspaniałe życie.

    • Ładnie to ujęłaś: mój demon jest moją przyjaciółką 🙂
      Może każdy jest takim właśnie bliźniakiem, łączącym w sobie różne natury. I to nie musi mieć wiele wspólnego z horoskopami.
      No właśnie, słuchając swoich demonów nie można się w życiu nudzić 😉

  • oxinspirationxo blogspot.com

    Jakiś czas temu pisałam posta o wychodzeniu ze swojej strefy komfortu, skończyłam go cytatem Dalajlamy, który powiedział, że najlepszym lekarstwem na demony jest ich nakarmienie/oswojenie.

  • Marta

    Piękny post! Dzisiaj tak dobrze mi się go czyta. Takie teksty najlepiej czyta się późnym wieczorem, najlepiej z lampką wina. Mam wrażenie, jakbym czytała o sobie, ale wszystko ujęłaś w takie piękne słowa, że to jednak nie mogę być ja, tylko jakaś bohaterka powieści. Skoro piszesz o sobie to mogę tylko to podsumować słowami – jesteś niesamowita 🙂

    • Ty też jesteś niesamowita i jesteś bohaterką swojej własnej powieści.
      Założę się, że niewiele nas różni 🙂

  • Frida

    Ja mam wrażenie, że może i u kobiet te sprzeczności są bardziej widoczne, bo sama natura choćby kobiecej siły się tu uwiadacznia, w sprzecznościach właśnie…ale chyba naturą samej istoty ludzkiej jest nosić w sobie sprzeczność. Tanatos i Eros w jednym idąc za Freudem, czy bestia i anioł w jednym ciele, mówiąc kolokwialniej już…

    • Chyba od zawsze ludzie próbowali jakoś nazwać te sprzeczne siły, a nawet spersonifikować. Stąd tyle określeń. Ale instynktownie wiemy o co chodzi.
      I masz rację, to dotyczy wszystkich ludzi. U kobiet może bardziej wyłazi przez skórę. No i z całą pewnością jesteśmy właśnie z tymi sprzecznościami kojarzone i często za nie obwiniane.

  • chyba nie ma osoby, która nie mogłabym podpisać się pod tym tekstem 🙂 schemat „czasem…, czasem…” jest niegroźny. Gorzej, jeśli dwa demony chcą dominować w tej samej sekundzie i pojawia się pytanie „co teraz?” 😉

    • Masz rację! To właśnie te burze, które czasem w człowieku szaleją.

  • Dobrze jest odkryć, że nasza osobowość składa się ze sprzeczności i zaakceptować to. Kiedy myślałam, że powinnam być idealna, wg jakiego wymyślonego przez samą siebie wzoru, to często czułam się taka „niedorobiona” 😉

    • Też miałam kiedyś w głowie taki „wzór” dla siebie 😉

  • Chyba w każdym człowieku tkwią pewne sprzeczności, często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. 😉

    • A gdy się tak zajrzy w siebie, okazuje się, że całkiem ich sporo.

      • Niestety, to prawda. Przynajmniej nie jest nudno. 😛