Jak o nim zapomnieć?

jak o nim zapomnieć

 

Obiecałam sobie, że jeśli dostanę jeszcze jednego maila z takim pytaniem, napiszę tekst na ten temat. And here we are, nadszedł na to czas.

Błogosławieni, którzy nigdy nie doświadczyli dramatu rozstania. Cieszcie się i weselcie, bo ominęło Was jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń, które dotyka przystępujących do ryzykownej gry w miłość i związki. To najważniejsza gra naszego życia. Warta świeczki, bo stawką jest szczęście. I dlatego, jak prawdziwi hazardziści, w każdym nowym związku stawiamy wszystko na jedną kartę. Całą miłość i zaufanie, marzenia i nadzieje. Wizję wspólnej przyszłości w ślicznym domku z ogródkiem i psem. Nie jesteśmy rozsądni, prawdę mówiąc jesteśmy nawet trochę szaleni. Lecz w szaleństwie tym w pełni usprawiedliwieni. Bo tylko przy pełnym zaangażowaniu możemy wygrać pełne szczęście. Czasem jednak dostajemy od życia bardzo złe karty. Przegrywamy, a wraz w przegraną tracimy wszystko. I zanim do nas dotrze, że tak jest lepiej, że trzeba po prostu poczekać na nowe rozdanie, by znów zagrać o miłość – cierpimy. Bo właśnie zawalił się nasz świat. Pragniemy wtedy zapomnienia, jak narkotyku, który znieczula po wstrzyknięciu w żyłę. Ale zapomnienie to nie opium. To wolność, która wymaga czasu i ciężkiej pracy.

 

wybacz sobie głupotę 

Każdy internetowy poradnik powie Ci: zerwij wszelki możliwy kontakt po rozstaniu. Nie wysyłaj wiadomości i nie dzwoń. Nie czekaj aż on się odezwie. Najlepiej wykasuj jego numer telefonu. Przestań podglądać go na Facebooku. Nie pojawiaj się przypadkiem tam, gdzie on pojawi się na pewno. Krótko mówiąc – oszczędź sobie cierpienia, w które pakujesz się na własne życzenie. Każdy internetowy poradnik będzie miał rację.

Szkoda tylko, że prawie nikt z nas zaraz po rozstaniu nie jest rozsądną osobą, która słucha rozsądnych rad. Te pierwsze chwile to okres, w którym wciąż jeszcze miotamy się na smyczy silnej więzi z osobą, która odeszła. To często ciągle jeszcze jest miłość, co prawda skazana na śmierć, ale przez jakiś czas jeszcze żywa. Ciągnie nas do tego, co znamy, kierujemy się ciekawością, obsesją, przyzwyczajeniem, nie do końca przyjmujemy do wiadomości, że coś się skończyło.

Nieuchronnie popełniamy więc w tym okresie błędy. Dajmy sobie do nich prawo. Nie chodzi o to, żeby pozwalać na każdą głupotę, jaka przyjdzie nam do głowy, ale żeby wybaczyć sobie te, które już się wydarzyły. Okres po rozstaniu to czas, w którym nikt z nas nie jest jeszcze do końca sobą. Czujemy się wtedy najsilniej zranieni… ale również ranimy samych siebie bolesnymi oskarżeniami. To wtedy odżywają nasze kompleksy, na łeb na szyję leci poczucie naszej własnej wartości. I dlatego każdy wysłany sms będzie dodatkowym powodem, żeby myśleć o sobie w kategoriach ostatniej szmaty. 

Prawda jednak jest taka, że to ile głupot popełnisz zaraz po rozstaniu nie ma większego znaczenia. I tak w końcu staniesz przed koniecznością spojrzenia z dystansu na cały ten związek i swoje w nim zachowania. Spojrzenie to powinno prowadzić do wybaczenia, może nie od razu, ale pewnej perspektywie czasu. Wybaczenia przede wszystkim sobie. Tym, co najsilniej trzyma nas myślami w martwym związku, jest wstyd i żal z powodu tego co nam zrobiono i tego, co sami zrobiliśmy. Niezależnie od ogromu zranień i popełnionych błędów warto w końcu odzyskać do siebie szacunek. Pewnych rzeczy nie da się niestety wymazać gumką, ale można je zaakceptować i zrozumieć. 

 

wyobraźnia może zabić

Umysł ludzki tak jest skonstruowany, że ze wszystkich sił broni się przed pustką i ciszą. (Choć paradoksalnie cisza jest dla niego uzdrawiająca.) Po rozstaniu z osobą, która do tej pory wypełniała nasze życie, tego właśnie robi się najwięcej: pustki i ciszy. Podczas gdy ciało tęskni za dotykiem i pocałunkami, umysł chciałby wciąż jeszcze kłócić się i rozmawiać, cały czas być w kontakcie z osobą, po której ta pustka powstała. Ból po rozstaniu to czas, w którym chcemy jak najmniej przebywać w teraźniejszości. Ponieważ tu i teraz boli najbardziej. Uciekamy więc. Żyjemy zawieszeni pomiędzy wspomnieniami, a wyobraźnią, pomiędzy tym co już było, a tym, co nigdy nie nastąpi. 

Wspomnienia mogą boleć, zarówno te dobre, jak i złe. Jednak przeważnie są szczere. Opowiadają prawdę o związku, który się skończył. Nic już z nimi nie zrobimy. Ale od czego jest wyobraźnia? Gdybyśmy ograniczyli się tylko do wspominania, prawdopodobnie cierpienie po rozstaniu byłoby o połowę mniejsze i minęło o połowę szybciej. Nasz twórczy umysł zapełnia jednak pustkę dziesiątkami scen i rozmów, które nigdy się nie wydarzyły. Fałszywych scen, które generują żywe i bolesne emocje. Żyjąc w takiej iluzji szybko tracimy z oczu to, co naprawdę się stało. Tworzymy własną historię, z własną tragiczną postacią w roli głównej. Najbardziej niebezpieczne jest to, że wyobrażenia każą nam wciąż na nowo przeżywać bolesne emocje. Scena kłótni, którą sobie konstruujemy, mogła nigdy się nie odbyć, ale złość jaką podczas niej czujemy jest jak najbardziej prawdziwa. Nasz organizm reaguje na taki stres równie mocno jak na prawdziwe bodźce. 

Nie jest łatwo poradzić sobie z żywiołem wyobraźni. Zwłaszcza kobietom, które mają skłonności do analizowana i szukania drugiego dna tam, gdzie go nie było.  Strumień myśli musi mieć swój kształt i cel, inaczej będzie błąkał się jak oszalały po linii najmniejszego oporu. Raczej nie uda Ci się postawić mu tamy. Możesz spróbować śledzić jego bieg, jeśli potrafisz medytować. Możesz nadać mu kształt pracą, twórczością, rozmowami i snuciem planów. Możesz go na chwilę ominąć, zagłębiając się w lekturę albo sen. W każdym wypadku zapomnienie wymaga Twojego aktywnego działania. Wyobraźnia, pozostawiona sama sobie, oddala je od Ciebie. 

 

czas nie leczy ran

Myślę, że stąd wzięły się mity o tej jedynej miłości na całe życie, która nigdy nie umiera do końca. Bo owszem są takie związki, które trwają latami w umyśle i wyobraźni tego, kto wciąż kocha i nie potrafi zapomnieć. Lub też zapomnieć nie chce. Są więzi, których nikt nie chciał przeciąć, wspomnienia, którym nie pozwolono odejść. Idea nieśmiertelnej miłości, jakkolwiek romantyczna, ma jedną ciemną stronę: jeśli jest niespełniona, staje się balastem na całe życie. 

Czas może być wspaniałym lekarzem i nauczycielem. Jednak musi mieć chętnego do współpracy ucznia. Dobrze jest pozwolić mu działać, jednak trzeba też wiedzieć, że on sam za nas wszystkiego nie dokona. Najcenniejszą rzeczą, którą zyskujemy wraz z upływem czasu jest perspektywa. Ona oczyszcza szkła naszych okularów i zdejmuje filtry, które zniekształciły postrzeganie wydarzeń. Spojrzenie z perspektywy czasu na związek, osobę którą kochaliśmy i na rozstanie może pomóc nam zrozumieć i zapomnieć. Może, ale nie musi.

Czas stwarza dystans i przestrzeń, dzięki którym możemy podejmować spokojne decyzje. Decyzję o wybaczeniu osobie, która nas skrzywdziła. O wybaczeniu samemu sobie. Decyzję o zajęciu się czymś, co uciszy wyobraźnię. O wyrzuceniu pamiątek, wyruszeniu w podróż, zaproszeniu kogoś na randkę. Czas jest o tyle łaskawy, że powala nam na etapy, możemy dorastać do pewnych decyzji i powoli zostawiać przeszłość za sobą. 

Nic się jednak nie wydarzy, jeśli niczego z siebie nie damy. Możemy biernie czekać aż rany się zagoją, ale wtedy pozostanie w nich cały brud i piasek, przez który wciąż na na nowo otwierają się i krwawią. Oczyszczenie ich jest naszym zadaniem. Wówczas czas z całą pewnością zrobi swoje. Niespełnione miłości, te rozpamiętywane latami, są jak blizny, które powstały z ciągle rozdrapywanych ran.

 

kochać wiele razy

Gdybym miała szansę powiedzieć tylko jedną rzecz osobie ze złamanym sercem, powiedziałabym: pamiętaj, że możesz w życiu kochać wiele razy. Jeżeli jesteś w miarę zdrowym i uporządkowanym człowiekiem, możesz kochać wielokrotnie, za każdym razem kochając całym sercem. Wiara w miłość jest pierwszą ofiarą nieudanego związku. A przekonanie, że oto straciliśmy jedyną na świecie osobę, z którą możliwe było szczęście – przyczyną największej rozpaczy. 

Mamy gdzieś w głowach wszystkie te mity o pierwszej i jedynie prawdziwej miłości, która nigdy nie przemija. Wierzymy w idealne dopasowanie stworzonych dla siebie połówek, które nigdy już się nie powtórzy. Lecz prawda jest taka, że nie zastanawiamy się nad tym wszystkim będąc w stabilnym związku. Przekonania te ożywają i zaczynają nas dręczyć, gdy tracimy miłość i zmagamy się z samotnością. Tak jak opowieści o duchach, które robią się straszne dopiero wtedy, gdy w pokoju gaśnie światło.  Smutek po rozstaniu jest taką właśnie ciemnością.

A tymczasem każdy człowiek może szczęśliwe kochać wiele razy. Nie ma powodu, abyś to właśnie Ty był tą jedyną, okrutnie pokrzywdzoną przez los istotą, której serce wyładowało się już przy pierwszym użyciu. I z braku zapasowych baterii nadaje się tylko na złom. Nie istnieje również powód, aby uparcie trwać nadzieją przy osobie, która odeszła. Bo nie jest prawdą że w jej rękach znajduje się Twój życiowy talon na szczęście. Prawda jest taka że zawsze i wszędzie trzymasz go w swoich dłoniach.

Gdy tracisz miłość po raz pierwszy, masz prawo w to wszystko nie wierzyć. Masz prawo troszeczkę umrzeć, by pogrzebać w sobie naiwne złudzenia. Ale gdy już przełkniesz ten gorzki cukierek i mimo tego ocalisz w sobie wiarę w miłość – zyskujesz ogromną wolność. To jak szczepionka na całe życie, po której możesz ryzykować, bo jesteś odporny na zgorzknienie.

 

Nie wierzę w internetowe porady instant, które podadzą Ci na tacy błyskotliwy sposób poradzenia sobie z niespełnioną miłością. To za każdym razem wymaga ładnego kawałka czasu i niemałego wysiłku. Jednak wierzę, że dobrze jest pewne rzeczy rozumieć i wiedzieć skąd się biorą. To sprawia, że przestajemy być tak straszliwie bezbronni wobec cierpienia. 

Życzę Ci, aby nigdy nie przydało Ci się to, co tu przeczytałeś. A jeśli już musi – niech uczyni Cię silniejszym. Rozstania należą do tych życiowych wydarzeń, które rzadko zabijają. A to, co nie zabija naprawdę może wzmocnić. Jeśli tylko nie pozwolisz, aby Cię zniszczyło. 

.

gosia

 

.

Powiązane teksty:

Zanurzyć się w życiowej pustce

Wybaczyć mężczyźnie

O złamanym sercu na chłodno

zdjęcie

  • Może zabrzmię wręcz strasznie ale…zanim weszłam w związek z Wojtkiem byłam w wielu innych. I nieraz miałam wrażenie że kochałam ale…zawsze, ale to zawsze, łatwo przychodziło mi pogodzenie się z rozstaniem. Zawsze szłam szybko do przodu bo właśnie nie uznawałam tylko jednej, wielkiej miłości w życiu. Nawet jak teraz przeżywam tą największą i najważniejszą:) Ale może też jestem tym typem, który szybko sobie radzi z dziwnymi sytuacjami jednak?

    • Może. Wydaje mi się że to w dużym stopniu kwestia silnej osobowości. I też wiary w to, że miłość przychodzi w życiu pod wieloma postaciami i na wiele sposobów 🙂
      Ale Twój związek z Wojtkiem wydaje się tak silny, że nie wiem… chyba rozstanie byłoby trudniejsze.

  • Nigdy, na szczęście, nie zdarzyło mi się rozstawać z kimś, kogo jeszcze kochałam, to była wspólna decyzja, tak więc, nie cierpiałam po niej i nie miałam czego „przeżywać”. Zgadzam się za to z ostatnim punktem. Myślę, że można kochać prawdziwie wiele razy, a miłość nie równa się wieczności i nie istnieje coś takiego jak „ten/ta jedyny/a”, to trochę infantylne podejście do rzeczywistości.

    • Lucky you 🙂
      Nie, dobieramy się sami. I mamy prawo szukać tej najlepszej dla siebie osoby. Ale to nie znaczy że istnieje tylko jeden człowiek na świecie, z którym pisane jest nam szczęście.

  • Czasami przy rozstaniu warto jest mieć kogoś kto nami potrząśnie i wyleje zimny kubeł na głowę. Wiele nie mam doświadczenia, leczyłam się tylko z chorej miłości i oby to dało mi na przyszłość do myślenia znaczy wystarczająco doświadczenia aby nigdy więcej w to nie zabrnąć.

    • A to prawda, trzeźwe spojrzenie i obecność kogoś z boku bardzo pomaga.

  • Rozstanie wiąże się z ogromnym bólem i myślę, że na samym początku warto pozwolić sobie go przeżywać. W końcu to strata bliskiej osoby. Jednak na tej osobie życie się nie kończy. Tak jak napisałaś, szczęście leży tylko w naszych rękach. Ważne, żeby nie zakleszczyć się w myśleniu, że nikt nie będzie taki jak nasz poprzedni ukochany i nie zamykać się na kolejne związki. To prawda nie będzie taki sam, będzie inny, może nawet lepszy. Kolejny związek będzie bardziej świadomy i dojrzały, być może bardziej szczęśliwy. Trzeba sobie tylko na to pozwolić i uwierzyć, że tak może być.

    • Dokładnie tak, to trochę jak żałoba i trzeba sobie na nią pozwolić.
      I masz rację, wszystko jest przecież doświadczeniem, które czegoś nas uczy. Świadomość błędów, tego czego chcesz i na co się nie zgodzisz – to wszystko można wynieść z nieudanego związku.

  • Ja polecam ponownie się zakochać, człowiek zapomina wtedy o całym świecie. ;D
    A tak na serio, to jestem tego samego zdania. Przede wszystkim chodzi o to, by chcieć zapomnieć. Wiem, że łatwo jest mówić, żeby o nim nie myśleć, ale kiedy się czuje, że znowu popada się w rozmyślanie i pisanie scenariuszy natychmiast to przerwać! Zająć się czymś, zadzwonić do kogoś, albo się z kimś umówić, nawet z koleżanką. 🙂

    • Zakochać się to i owszem, ale dopiero kiedy na dobre się odkochasz 🙂
      No więc właśnie, warto zrobić wszystko żeby się samemu bezsensownie nie nakręcać.

      • Ja Ci powiem, że niekoniecznie. Sama byłam w takiej sytuacji, że gdzieś tam jeszcze bolało, ale to bardziej z przyzwyczajenia niż miłości, gdy przyjęłam zaproszenie na randkę od mojego obecnego chłopaka. Miłość w tamtym związku skończyła się co prawda już dużo wcześniej, nawet przed zakończeniem związku, potem jedynie był ból, który przeszedł tak szybko, że aż się sama zdziwiłam. Po prostu dowiedziałam się, co to znaczy, gdy facet naprawdę szanuje kobietę. 🙂

        • Pokrzepiająca historia 🙂
          Czyli byłaś po prostu emocjonalnie wolna i gotowa na nowe uczucie 🙂

  • Ania

    Jest to zwyczajnie niemożliwe a jednak…mam poturbowane
    serce od ponad roku i nie potrafię w żaden logiczny sposób sobie
    wytłumaczyć…. przetłumaczyć… zrozumieć….dlaczego ? bo to było tak nagle z
    dnia na dzień… wszystko dobrze… zakochani po uszy w sobie…nikt mnie tak
    nie kochał i ja tak samo nigdy nikogo nie kochałam… tyle przeszkód do
    pokonania żeby być razem ..ale się udało…. i przychodzi jeden dzień kiedy On
    zostawia i jeszcze mówi, że Ciebie nie kochał i nie kocha..ton głosu i słowa wychodzące
    jakby od kogoś obcego….i
    cisza.. i nic….
    czujesz się tak jakby ktoś umarł i nic nie możesz
    zrobić.. a dzisiaj przez ten cholerny facebook oglądam jego zdjęcia z nową miłością, kiedy przygotowują
    się do ślubu i boli tak cholernie i piecze i kłuje i wiem, że nic już nie
    zrobię i nic się nie zmieni …. a jednak cały czas
    patrze i cierpię…z Twoim blogiem zetknęłam się właśnie ponad rok
    temu kiedy chciałam poszukać pomocy w jakimś artykule i tak czytam już Twój blog regularnie
    i właśnie dzisiaj kiedy znowu dopadła mnie beznadzieja,
    wpisując alchemia kobiecości pomyślałam w myślach w tym samym momencie… kurcze co zrobić z tym moim złamanym
    sercem:( … i taki wielki szok jak przeczytałam Twój nowy post …. jakaś magia. Musiałam Tobie
    to napisać 🙂

    • Dzięki za ten feedback 🙂
      Chciałabym Ci napisać coś pocieszającego ale właściwie wszystko zawarłam już w tekście. Mam nadzieję, że jakoś pomoże albo w inny sposób dojdziesz do siebie. I życzę Ci, żebyś ruszyła dalej i odnalazła kiedyś prawdziwą miłość.
      Wszystkiego dobrego!

  • Jestem na tym blogu pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. Chciałabym bardzo podziękować Ci za ten wpis. Od mojego rozstania minęło już dużo czasu, ale rozumiem każde napisane przez Ciebie słowo i każdą literkę tego wpisu odczułam na własnej skórze, przez każdy z tych etapów przeszłam, a może właściwie powinnam napisać, że przeczołgałam się przez niektóre z nich na łokciach i twarzy, ostatkami sił. Cieszę się, że napisałaś o tym głośno i wyraźnie, choć z drugiej strony wydaje mi się, że żadne słowa nie są w stanie zobrazować tego bólu i całej plejady innych uczuć, które towarzyszą rozstaniu. Na pewno chciałabym przemówić Twoim głosem w tym momencie, w którym piszesz, że „błogosławieni Ci, którzy nie wiedzą czym jest rozstanie”. Nawet największemu wrogowi bym nie życzyła, aby się przekonał. Nawet.
    Pozdrawiam Cię ciepło. 🙂

    • Nadzieję, że czas zrobił swoje. I mimo że rozumiesz – masz to już za sobą 🙂
      Masz rację, nie da się tego wszystkiego ubrać w słowa. Ale i tak intuicyjnie czujemy, że pewne przeżycia są bardzo podobne i wspólne.
      Pozdrawiam również 🙂

  • Widać, że przeszłam i przeżyłaś takie rozstanie… bo opisałaś to dokładnie tak, jak to wygląda. Ja ten etap na szczęście mam już za sobą i jestem w innym związku, ale wszystko idealnie pamiętam. Najgorsza jest ta myśl, że prawdziwa miłość jest tylko jedna i nigdy w życiu już nikogo nie pokochamy tak mocno- ja od niej długo nie mogłam sie uwolnić.

    • Zgadza się. Ja na szczęście też mam to dawno i całkowicie za sobą.
      A kiedy się już od tej myśli uwolnisz, wszystko staje się dużo prostsze.

  • Czas i perspektywa – to jest niezwykle ważne. Myślę sobie, że i ta pustka po rozstaniu po coś jest i wlaśnie paradoksalnie może nas wzmocnić.
    Co do przekonania, że miłość jest tylko jedna, to jest ono zadziwiająco rozpowszechnione. Pamiętam jak jakiś czas temu trafiłam na artykuł przeczący właśnie tej tezie. Wtedy odezwał się we mnie jakiś bunt, bo to nie romantyczne itd. itp. Ale z biegiem czasu coraz bliżej mi do tego przekonania, że kochać można więcej niż raz.

    • Tak, tę pustkę też trzeba przeżyć i nie ma co się przed nią na siłę bronić.
      Bo my bardzo lubimy takie romantyczne mity. I chociaż zdrowy rozsądek mówi inaczej, często trzymamy się ich na siłę.

  • Bardzo prawdziwe słowa. I tylko bardzo chciałabym, abym też kiedyś mogła powiedzieć, że to już daleko za mną. Bo na razie wciąż jest samo „daleko”…

    • Bardzo Ci tego życzę. Cierpliwości, spokoju i zmian na lepsze 🙂

  • Pieknie napisane!

  • Ania

    Dobrze to czytać, jak słowa od najlepszego przyjaciela…którego się bardzo potrzebuje w takich momentach… dzięki za „przyaźń”.

    • Są takie chwile kiedy nie tyle miłość, a przyjaźń daje najwięcej. Nawet ta wirtualna.
      Ściskam!

  • Tesia

    Hm. Zastanawia mnie jak na radzenie sobie z rozstaniami wpływa… relacja z ojcem. Czy istnieją jakieś sensowne badania na ten temat?

    Mój po prostu olał mnie i siostry. Do mojego czwartego roku życia gdzieśtam się ponoć pałętał, potem olał doszczętnie, zaczął się sporadycznie interesować gdy miałam ok 12 lat i stan ten trwa do dzisiaj. Zabawny starszy kolega, z którym można się zobaczyć raz na jakiś czas, porozmawiać o filmach, na pewno nie ma czego szanować i absolutnie nie należy na nim polegać – żelazna zasada.
    W jakimś babskim pisemku czytanym w poczekalni natrafiłam niedawno na tekst o braku ojca, a w nim teoria która wryła mi się w pamięć – kobiety, których ojciec je po prostu zostawił, mają zaburzoną pewność siebie w związku. Zawsze bezwiednie zakładają że partner je prędzej czy później porzuci, co nieraz skutkuje tym że same dążą do rozstania jako pierwsze – żeby nie dać się zranić. HA. W życiu tego tak nie rozpatrywałam. Niemniej…
    Pierwsza miłość w wieku lat 15 zrobiła mi to samo – po kilku miesiącach związku po prostu olała. Kochałam, akceptowałam i ufałam bezgranicznie, by potem czuć się jak pies przywiązany do drzewa gdy samochód rusza – dlaczego? Bolało, ale trzeba było to przeboleć i iść dalej. Ok. To było dawno temu.

    Piszę o tym, bo to wszystko przypomniało się przy fragmencie „gdy już przełkniesz ten gorzki cukierek i mimo tego ocalisz w sobie wiarę w miłość – zyskujesz ogromną wolność”. Po tym pierwszym związku w wieku lat 15 były oczywiście następne, krótsze, dłuższe… a na końcu poważny, 7-letni. A skoro jestem na tej stronie, znaczy właśnie się rozpadł. I szukam metod na wymazanie byłego z pamięci. Ale nie dlatego że ból z mojej strony jest tak silny, tylko dlatego, że on sobie tego bardzo mocno życzy. Ja byłam dla niego tą pierwszą, gloryfikowaną miłością, ale zostawmy temat z jego perspektywy. Rozpadło się, nie byłam w stanie odwzajemnić uczucia równie mocno. On pragnie się odciąć, każe mi zapomnieć w ogóle o jego istnieniu, to właśnie staram się robić. I czytając że kochać można wiele razy, dostrzegam jak bardzo jestem zgorzkniała. I tego dotyczy mój komentarz.

    Co jeśli po blisko 10 latach od ostatniego momentu gdy wiem że kochałam, uświadamiam sobie, że po tamtym związku nigdy już nie obdarzyłam nikogo takim uczuciem? Nie gloryfikuję tego pierwszego chłopaka, po prostu połączyłam fakty. Ojciec-zostawił w dzieciństwie, pierwszy luby – zostawił, od tego czasu starałam się zawsze trzymać dystans – do teraz kompletnie podświadomie.

    „nie ma powodu, abyś to właśnie Ty był tą
    jedyną, okrutnie pokrzywdzoną przez los istotą, której serce wyładowało
    się już przy pierwszym użyciu i z braku zapasowych baterii nadaje się
    tylko na złom” – nigdy tak o sobie nie myślałam. A co jeśli powód istnieje i jest to rozwalony wzorzec ojcowski? Czy można się wyleczyć z zgorzknienia po tych 10 latach, właściwie całym dorosłym życiu, trwania w nim?
    Analizuję sobie na spokojnie. Przepraszam za epistoł i masę uzewnętrzniania się – nie wychodziło mi opisanie nurtującego mnie tematu oszczędniej. Będzie mi miło margaritum jeśli to jednak przeczytasz – Twój tekst jest jak dotąd najlepszym na temat odbudowy po związku, jaki znalazłam w sieci.

    • Cześć 🙂
      Tak, jestem pewna, że te relacje są ze sobą mocno powiązane. Ojciec to taki pierwszy facet w życiu każdej dziewczyny. Jeśli w jakiś sposób ją opuszcza, nie jest obecny, nie dostarcza uwagi, miłości i wsparcia – wtedy młoda dziewczyna bierze to bardzo mocno do siebie. I podświadomie przenosi na wszystkie inne relacje z mężczyznami.
      No właśnie, podświadomie. Może ten związek sprzed 10 lat był tak silny i tak mocno zranił, bo włożyłaś w niego pewne tęsknoty związane z ojcem. Może rozstanie bolało podwójnie, bo po pierwsze straciłaś faceta, ale po drugie znów została zawiedziona potrzeba męskiej obecności w Twoim życiu. I w końcu – może właśnie stąd wzięła się skorupka, którą sobie zbudowałaś od tamtego czasu. Nie angażować się zbyt mocno, nie kochać na całego, nie ufać mężczyźnie – aby znów nie cierpieć tak, jak wtedy. To takie moje przypuszczenia, sama musisz ocenić, czy słuszne.
      Ale jestem też przekonana, że z takiego zgorzknienia można się wyleczyć. Można odblokować uczucia, nauczyć się kochać i ufać na nowo. I chyba najważniejsza jest w tym wszystkim świadomość – czyli to, co Ty właśnie zyskałaś. Myślę, że gdy jesteś świadoma tego, co się w Tobie dzieje, wtedy przestajesz automatycznie bać się tego, że pewne scenariusze się powtórzą. i zaczynasz rozumieć, ze los Twoich związków zależy od Ciebie – tu i teraz – a nie od Twojej przeszłości. Jasne, trzeba będzie czasem zaryzykować i wystawić się na zranienie. Ale to dlatego, że na tym polega miłość, a nie dlatego, że tacy są wszyscy mężczyźni.
      Dziękuję za Twój komentarz i za miłe słowa 🙂 Wszystkiego dobrego!

      • Tesia

        Cóż, jeszcze długa droga przede mną, ale to jest właśnie fajne – więcej przed, niż za, i właśnie na tym co przed muszę się skupić;) Dzięki za odpowiedź. Przez ten tekst zawędrowałam na Twojego bloga i od wczoraj czytam, z poczuciem że znalazłam coś fajnego. Zostaję. Do usłyszenia w komentarzach;)

  • Diana K

    Bardzo Ci dziękuję za ten tekst 🙂