Jak znaleźć złoty środek w relacjach z mężczyznami?

jak być kobietą dla nieswojego mężczyzny

 

Gdy byłam małą dziewczynką i chodziłam do szkoły podstawowej, byłam całkiem niezła z matematyki. Ogólnie nauka szła mi dobrze i ze wszystkich przedmiotów zbierałam niezłe stopnie, no ale być dobrą z matematyki – to dopiero jest coś. To wyższy stopień wtajemniczenia. To umiejętność, którą posiadają nieliczni i którą należy się dzielić, aby pomóc tym słabszym, uzdolnionym w innym kierunku lub nie uzdolnionym wcale. Żeby cała klasa trzymała jakiś tam poziom. Taką filozofię wyznawała nasza wychowawczyni. I kierując się (zapewne) jak najlepszymi intencjami, chętnie sadzała w jednej ławce osoby zdolne z tymi słabszymi, zwłaszcza na przedmiotach ścisłych. W taki oto sposób bardzo często i przez długie lata siedziałam w jednej ławce z jakimś chłopakiem, który nie tylko kiepsko rozumiał matmę, ale ogólnie „źle się uczył”, sprawiał problemy i trzeba go było pilnować. Cóż, z perspektywy czasu widzę, że najbardziej chodziło właśnie o to pilnowanie. Nasza pani wierzyła w zbawienny wpływ grzecznych dziewczynek na problematycznych chłopców.

W każdym razie – nienawidziłam tego

 

W tamtym okresie „chłopak z klasy” był dla mnie kimś w rodzaju kosmity. Był osobnikiem spoza mojego świata, z którym totalnie nie miałam o czym rozmawiać. Był kimś nieprzewidywalnym, głośnym, kimś kto znika na boisku zaraz po dzwonku na przerwę, kimś, kto na szkolnych wycieczkach zajmuje tył autobusu, głośno beka, pokrywa marginesy  rysunkami męskich genitaliów i bezceremonialnie gada na lekcjach, nic sobie nie robiąc z uwag nauczycieli.

A ja byłam grzeczną dziewczynką, która rozumiała matematykę. W tamtym okresie nigdy sama z własnej woli nie usiadłabym w jednej ławce z chłopakiem z klasy. A jednak byłam zmuszona przesiedzieć tak kawał podstawówki. Zresztą myślę sobie, że oni też nie byli z tego powodu szczęśliwi.

 

Dziś jestem dorosłą kobietą i bardzo daleko mi do tamtej „nieszczęśliwej” dziewczynki. Gdybym teraz weszła do klasy i musiała się dosiąść do czyjejś ławki, bardzo możliwe że byłaby to ławka zajęta przez faceta. Nie ma problemu. Jest luz i swoboda, może wyszłaby z tego jakaś fajna rozmowa, a nawet i dłuższa znajomość. Większość mężczyzn, z którymi życie styka mnie każdego dnia w codziennych sytuacjach, zostawiła za sobą etap szczenięcej młodości. Już nie ten sam wiatr szumi im w uszach i nie ta sama krew płynie w żyłach, już nie te pomysły, inne odzywki, już znacznie łatwiej im jako tako zaakceptować zasady życia z ludźmi zamiast się przeciwko nim buntować. Gdzieś w międzyczasie wszyscy dorośliśmy i teraz umiemy znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. Oni dorośli. Ja dorosłam. Wiele kobiet nie dorosło, ale o tym dalej.

 

Zanim stałam się ogarniętą kobietą z jakąś tam śmiałością do facetów, musiałam oczywiście przejść również etap kochliwego podlotka. Etap długi i namiętny, upierdliwy i pełen ekscytacji, rozciągający się gdzieś pomiędzy pierwszym naście lat a… cóż, zakończony jakiś czas temu. Cała romantyczna epoka w moim życiu, naznaczona nieśmiałością i największymi kompleksami, ale jakże bogata w marzenia i porywy serca! Może to znacie. To taki stan umysłu, w którym analizujesz każde spojrzenie każdego faceta pod kątem ewentualnej miłości od pierwszego wejrzenia. To stan, w którym podkochujesz się w przystojnym brunecie spotykanym co rano na przystanku autobusowym, ale za żadne skarby świata nie odważyłabyś się do niego zagadać. A jeśli której środy on nie pojawia się tak jak zawsze, to całą środę masz zmarnowaną. Co nie przeszkadza Ci snuć wyobrażeń o tym, jak on siada obok Ciebie w autobusie, rozpoczyna błyskotliwą rozmowę, by po niedługim czasie poprowadzić Cię do ołtarza i zostać ojcem Twoich dzieci.

No dziecinada. Niby jest to jakaś zmiana po latach brzydzenia się „chłopakami z klasy”, ale do złotego środka ciągle jeszcze daleko.  Cóż, moje życie wyglądało i tak.

 

Możliwe, że nie domyśliłyście się tego po tym przydługim wstępie, ale dziś chciałabym pogadać właśnie o dobrej równowadze w relacjach z mężczyznami. Z nie-naszymi-mężczyznami, dodam. Z całą resztą osób płci męskiej w naszym życiu. Strasznie rzadko się o tym mówi. A przecież ogromna większość naszych codziennych interakcji z facetami to takie, które powinny być seksualnie neutralne. Dalekie od romantycznych podtekstów. No i dobrze byłoby, gdyby nie były wrogie.

Zastanawiacie się, w czym problem. W tym, że do dobrych, partnerskich relacji z mężczyznami (nawet tymi przypadkowymi) trzeba w życiu dorosnąć. Większość z nas naprawdę musi włożyć w to trochę wysiłku. Zwłaszcza te, które nie miały szczęścia wyrosnąć w fajnej rodzinie wśród braci, kuzynów i wujków z obecnym ojcem na czele. Albo nie należały do zgranej paczki znajomych, nie miały pasji dzielonych z kolegami, wspólnych wyjazdów i przygód.  Ja na przykład nie miałam. I widzę wokół siebie całkiem sporo dziewczyn, a nawet dojrzałych już kobiet, które nigdy nie nauczyły się normalnych (neutralnych) relacji z mężczyznami.

 

Widzę dorosłe kobiety, z pozoru rozsądne i w każdej innej sytuacji opanowane, które jednak żenująco mizdrzą się do pana doradcy klienta, zakładając konto w banku. Bo pan ładny, miły i przez pół godziny wyłącznie dla nich.

Widzę pracownice, które chodzą do biura nie dlatego, że mają coś do zrobienia, ale żeby powzdychać do kolegi z sąsiedniego działu. I jednocześnie upewnić się, że szef rzeczywiście taksuje wzrokiem ich zgrabny tyłek. Żeby nie było wątpliwości, odziany w ołówkową mini.

Widzę dziewczyny, które totalnie nie potrafią ułożyć sobie relacji z partnerami swoich koleżanek. I wówczas albo koniecznie muszą wypróbować na nich swoją atrakcyjność, albo błyskawicznie się z nimi kumplują. Wszystko albo nic. Albo jestem kobietą, której wdzięki masz podziwiać, albo udawajmy, że nie jestem nią wcale.

Widzę kobiety, które błyskawicznie oblewają się rumieńcem w obecności mężczyzny, zaczynają nerwowo paplać albo nieświadomie podnoszą głos o dwa tony. Kobiety, które dają się wysługiwać kolegom z pracy, zgodnie z  zakodowanym w głowie schematem postępowania uległej dziewczynki. I te wstydliwe, które z facetem nigdy niczego nie załatwią. Albo kobiety konkurujące, którym powiedziano, że facet to świnia, a życie to walka. Więc toczą tę swoją walkę o pozycję, o niezależność, o własne zdanie, toczą ją na wszelki wypadek, jakby każdy mężczyzna tylko czekał na to, aby je upokorzyć.

Widzę w końcu kobiety, które automatycznie wchodzą w rolę dobrej kumpeli. A potem nie umieją się z takiego układu wyplątać, choć przecież chciałyby czegoś więcej, niekoniecznie związku, ale szacunku, delikatności, docenienia ich kobiecej strony. (Chyba one szczególnie leżą mi na sercu, bo napisałam o tym już dwa teksty: Nie jestem twoim kumplem i Friendzone.)

Widzicie, jak wiele jest możliwości pogubienia się w relacjach z mężczyznami. A na drugim biegunie znajduje się tylko jedna dobra alternatywa: swobodna i świadoma kobiecość.

 

O tym więcej za chwilę. W międzyczasie wyjaśnię Wam, skąd w tekście takie dziwne zdjęcie, zupełnie nie w stylu innych ilustracji moich postów. Choć znawcy brytyjskich seriali pewnie już wiedzą o co chodzi. Otóż długo szukałam w pamięci przykładu z filmu albo popkultury, który ilustrowałby normalne relacje między kobietą i mężczyzną (dajcie znać, jeśli coś przyjdzie Wam do głowy!). Chodziło mi zwłaszcza o kobietę, która potrafi być sobą i w reakcji na męskiego bohatera nie zakochuje się ani nie rozkochuje go w sobie, nie traci głowy, majtek, charakteru ani zdrowego rozsądku. I było ciężko, bo niczego takiego nie znalazłam, dopóki do głowy nie przyszło mi „Broadchurch”. W dużym skrócie: jest to serial, którego centrum stanowi śledztwo prowadzone przez parę detektywów, z których on jest co prawda trochę dziwacznym neurotykiem z przeszłością, ale ona – Ellie Miller – jak najbardziej normalną policjantką, żoną, matką, przyjaciółką, znaną i lubianą w lokalnej społeczności. I  cóż, pomimo, że gdzieś po drodze wali jej się życie osobiste, a praca zbliża ją z szefem, to para detektywów cały czas zachowuje czyste i jasno określone relacje, cały czas jest miedzy nimi konkret, partnerstwo, zaufanie i fajna, ale neutralna chemia. Duża w tym zasługa Olivii Coleman, aktorki którą ostatnio uwielbiam, a która jest specjalistką w kreowaniu takich właśnie – dalekich od wszelkich stereotypów – kobiecych postaci. Polecam, nie tylko fanom brytyjskich seriali.

Dlatego, że w 99% wszystkich historii opowiadanych nam przez media, kobieta jest jednak postacią, która musi wejść w jakiś typ romantycznej relacji. Więc gdy tylko na horyzoncie pojawia się przeznaczony jej w scenariuszu mężczyzna, atmosfera gęstnieje, padają określone kwestie, pojawiają się spojrzenia, gesty, niedomówienia, subtelna muzyka, a ona już tylko wpada w określone koleiny i jedzie dalej w wiadomym kierunku. Wszystkie chłoniemy tego typu historie od bajki o Kopciuszku po „Planetę Singli”. A potem podświadomie pragniemy odtworzyć taki sam scenariusz we własnym życiu. Pani, zakładająca konto w banku u przystojnego doradcy klienta. Jej koleżanka z pracy, usiłująca wzbudzić zainteresowanie szefa swoim wyglądem, a nie wynikami. I młoda dziewczyna, cała w rozterkach, czy „cześć” kolegi z roku było zwykłym „cześć”, czy czymś znacznie więcej. Ty i ja.

 

Jaka na to rada? Jeśli trochę mnie znasz i czytasz od jakiegoś czasu, wiesz, że zawsze odpowiem: świadoma kobiecość. Czyli taki sposób myślenia o sobie, dzięki któremu nie musisz się siebie wstydzić i nie masz potrzeby niczego nikomu udowadniać. Lecz właśnie jest ci dobrze z tym, jaka jesteś, dlatego potrafisz przyjmować innych ludzi takimi, jacy są. A jeśli chodzi o mężczyzn, to zazwyczaj przecież są tylko kolejnymi mężczyznami w Twoim życiu. Bardzo rzadko wrogami i wcale nie tak często szansami na płomienny romans.

 

Wiem jednak, że świadoma kobiecość jest czymś, co wypracowuje się często latami, a nie przywołuje za pomocą pstryknięcia palców. A póki co, chciałoby się przecież jakoś poukładać te nie do końca ujarzmione relacje z facetami. Chciałoby się czasem swobodnie pójść z kolegą na piwo, pogadać o „Grze o Tron” na przerwie w pracy, chciałoby się dobrze dogadywać z szefem i narzeczonym najlepszej przyjaciółki. Chciałoby się najnormalniej w świecie zamienić kilka słów z tym ciemnookim barmanem z ulubionego klubu i nie zejść przy tym na zawał.

.Doskonale to rozumiem. I dlatego jako dobra koleżanka, która razem z Wami uczy się kobiecości (ale tak ją to pochłonęło, że przerobiła kilka lekcji do przodu), podpowiem Wam, jak można sobie pomóc.

 

Poczucie humoru

Nic tak nie rozładowuje napięcia w kłopotliwych sytuacjach, jak poczucie humoru. Zwłaszcza na własny temat. Jeśli denerwujesz się i widzisz, że to widać – wykpij to albo rzuć jakąś autoironiczną uwagę.  Nie masz pojęcia, jak fajnie się rozmawia z dziewczyną, które nie bierze siebie do końca poważnie.

 

Powściągliwość

Potężną ale mocno niedocenianą strategią w relacjach damsko-męskich jest powściągliwość. Większość kobiet miałaby do siebie o wiele więcej szacunku, gdyby pewne słowa nigdy nie padły, a sytuacje nie miały miejsca. Powściągliwość przydaje się w sytuacjach, kiedy orientujesz się, że nerwowo gadasz, co ci ślina na język przyniesie. To sygnał, żeby nacisnąć hamulec i zacząć słuchać. Nawet jeśli na jakiś czas miałaby zapaść niezręczna cisza.

 

Konkrety

Ulubioną poezją płynącą z kobiecych ust są dla mężczyzny konkrety. Krótkie komunikaty, niosące istotne informacje, zamiast emocjonalnych historii nie daj Boże z subtelnym podtekstem. Kobieta operująca konkretami to nie tak znowu częste zjawisko, więc budzi szacunek. Poza tym, w konkretach ciężko się pogubić i zaplątać.

 

Pewność siebie

Czasem naprawdę warto poudawać pewność siebie. W myśl zasady fake it till you make it. Nie chodzi mi tu oczywiście o agresywne manifestowanie swojej wyższości, ale raczej o udawanie, że pewne rzeczy przychodzą Ci z większą swobodą niż jest naprawdę. Na przykład taka pogawędka z przystojnym barmanem, podczas której TYLKO Ty czujesz, jak trzęsą Ci się kolana.

 

Świadomość

Warto pamiętać, że mężczyźni też mają swoją wrażliwość. Że również się stresują, bywają nieśmiali i niepewni siebie. Ta świadomość pomaga strącić facetów z piedestału, na którym często same ich stawiamy i nawiązywać relacje z poziomu równych sobie osób. Nie, dla wielu kobiet to wcale nie jest takie oczywiste.

 

Uśmiech

Uśmiech to jest zawsze dobry pomysł. Nie wiem skąd fama, że kobieta powinna od samego początku grać zimną i niedostępną. Tak na wszelki wpadek, żeby facet sobie nie myślał. Otóż właśnie będzie myślał – że jesteś zimna i niedostępna. Co jednak nie znaczy, że natychmiast zacznie wspinać się po Twoim warkoczu.

 

I jeszcze na sam koniec. Pamiętajcie, że każda z nas ma swój własny złoty środek w relacjach z mężczyznami. U każdej kobiety może się on znajdować w zupełnie innym miejscu. Dlatego nie warto na siłę przesuwać granic, w których instynktownie czujemy się bezpiecznie. Chodzi mi o to, że wiele z nas nigdy nie poczuje się swobodnie w obecności mężczyzny ginekologa, psychoterapeuty, czy pana w aptecznym okienku. I co z tego? W każdej z tych sytuacji można znaleźć równie kompetentną kobietę. W zasadzie tylko co do kobiety w sutannie przewiduję problem.

.

gosia

 

.

.

  • Sylwia

    Zgadzam się z tym co napisałaś. Wiele z nas gubi się w relacjach damsko – męskich i nie ma co się przed tym bronić, ani temu zaprzeczać. Wszystkie sytuacje, które wyżej opisałaś, na pewno w większym lub mniejszym stopniu, są znane każdej z nas. Wydaje mi się jednak, że nie tylko nasza w tym „zasługa”…że te zachwiane relacje, źle dobrane proporcje i nadmierne emocje wynikają też z tego, jak mężczyźni do relacji podchodzą. Patrząc na przykładzie swoim i wielu kobiet, w różnym wieku, które mnie otaczają, to właśnie mężczyźni nie potrafili się w relacji z kobietą odnaleźć. Pomijam tutaj kwestię szefów, kolegów z pracy i przystojnych barmanów. Skupiam się na tych typowo koleżeńskich relacjach. Z moich obserwacji najczęściej powtarzał się schemat: kumplujemy się, wychodzimy na piwo, realizujemy wspólne zainteresowania, relacja jest czysta, nie ma chemii, każde z nas umawia się z innymi osobami, czasem wspieramy się w tym, doradzamy. I nagle, kiedy już mężczyzna zaczyna z kimś związek, zapomina o koleżance, zupełnie urywa kontakt. Czasem wręcz przeciwnie, kiedy to koleżanka zaczyna związek, kolega zupełnie przestaje się odzywać, jakby z zajętą koleżanką, nagle nie można było rozmawiać lub po prostu nie było o czym. I często nie chodzi tu wcale o zazdrość nowego partnera czy partnerki.

    Inny przykład. Kobiety boją się być kumpelami. Boją się, bo choć jasno stawiają granice, są świadome tego co robią i nie wysyłają żadnych sygnałów, to mężczyźni i tak zaczynają czuć coś więcej, kiedy zauważają, że kobieta uważnie go słucha, stara się rozumieć, a do tego o zgrozo, ma poczucie humoru, jest pewna siebie, powściągliwa, świadoma własnej wartości i ma ładny uśmiech. 99% szans, że się kolega w takiej zakocha, lub przynajmniej będzie próbował czegoś więcej, bo taka dziewczyna to skarb i warto spróbować mieć ją dla siebie.

    • Dzięki za te wszystkie przykłady i cenne obserwacje!
      To fakt, dobre relacje damsko-męskie to zawsze wypadkowa dwóch stron. O ile jednak nie mamy zbyt wielkiego wpływu na to, jak zachowują się mężczyźni, co sobie wyobrażają i do czego dążą – to nad swoimi własnymi zachowaniami możemy pracować.
      A kumplowanie się, tak, to jest zawsze trochę śliska sprawa. Niby zwyczajna rzecz, a wbrew pozorom, trzeba dużo dojrzałości z obu stron, żeby taką przyjaźń kontynuować, gdy życie uczuciowe jej albo jego zaczyna nagle przyspieszać. To taki sprawdzian czystości intencji i siły przyjaźni tej drugiej strony. Nie zawsze zaliczony. Choć można też inaczej na to spojrzeć. Jeśli kumpel oddala się, gdy jego koleżanka znajdzie sobie chłopaka, być może właśnie rezygnuje z czegoś, na co wcześniej miał nadzieję. Może tak jest łatwiej i to mniej boli. I wtedy trzeba to jednak uszanować.

    • Sylwia, z życia mi wyjęłaś te przykłady. No właśnie, zarówno jedna jak i druga sytuacja potrafiły być utrapieniem, i gdzieś za ich przyczyną buduje się ten trudny do późniejszego zwalczenia dystans.

  • Świadoma kobiecość, o której piszesz, to według mnie dobry sposób na praktycznie wszystko 🙂
    Tak naprawdę żadne relacje nie są łatwe – ani te z mężczyznami, ani te z kobietami, ani te bliższe, ani te dalsze. Zawsze pojawiają się jakieś stereotypy, lęki lub nieporozumienia. Nie każdy potrafi być sobą w relacji z innym człowiekiem. Chowamy się pod maskami, próbując udawać kogoś innego niż jesteśmy. Niestety to nie pomaga. Empatia i uświadomienie sobie, że naprzeciwko nas jest druga osoba, taka sama jak my, ze swoją historią, uczuciami i wrażliwością zdecydowanie ułatwia relacje. Pozwala na to, żeby poczuć się bardziej swobodnie i być sobą.

    • Jak najbardziej, świadoma kobiecość pozwala nam być sobą w każdej sytuacji i w stosunku do każdego. A jednak często nie pozwalamy sobie być kobiece, albo nie umiemy takie być, w obecności niektórych mężczyzn. Zwłaszcza takich, którzy nas onieśmielają. Dlatego zależało mi, żeby pokazać, że w takich sytuacjach świadoma kobiecość właśnie pomaga i to bardzo 🙂

    • Sylwia, celnie to ujęłas, i ja lubię tak myśleć o mężczyznach. Co (mimo wielu kumplowskich relacji w dzieciństwie i posiadaniu kilku braci) kiedyś wcale nie bywało dla mnie takie oczywiste.

  • Kobiety w sutannach chyba już gdzieniegdzie są 😉 Jako dziecko bawiłam się z chłopcami w archeologów, wspinaczki po drzewach i przeskakiwanie płotów, jako nastolatka przeszłam okres „bycia zakochaną w byle kim i byle gdzie”, a teraz często wolę towarzystwo mężczyzn niż kobiet, z resztą w moim otoczeniu jest ich po prostu więcej i chyba zawsze tak było. Wydaje mi się, że kluczem do normalnych relacji jest zrozumienie, że nie każdy facet to potencjalny partner i nie wszyscy się w sobie zakochują, bo to właśnie takie nastoletnie, głupie myślenie.

    A z serialem to mi dałaś zagwozdkę, chyba tylko w „Archiwum X” dwoje głównych bohaterów miało normalne relacje, ale już nie pamiętam po tylu latach. No, ale czemu tu się dziwić jak ludzie (płci obojga) lubią miłosne historyjki.

    • To też prawda, romantyczne historie towarzyszą człowiekowi przez całą jego historię. Miłosne perypetie zawsze wzbudzały emocje 🙂 A co do „Archiwum X” to też dokładnie nie pamiętam, ale świta mi, że chyba jednak coś między nimi było, albo przynajmniej jakieś niedomówienia…

  • Ekstra wpis! Dziękuuuuuję! <3

  • Uśmiechnęłam się gdy przeczytałam ten fragment
    ~To stan, w którym podkochujesz się w przystojnym brunecie spotykanym co rano na przystanku autobusowym, ale za żadne skarby świata nie odważyłabyś się do niego zagadać. A jeśli której środy on nie pojawia się tak jak zawsze, to całą środę masz zmarnowaną. ~
    Pamiętam takie czasy…fajnie je sobie przypomnieć…

  • Dla mnie fascynującym wnioskiem było odkrycie, w jaki sposób stawiam w głowie mężczyzn na piedestale, który bardzo mnie od nich odsuwał. Zauważyłam, że w wielu przypadkach ani tam nie stoją, ani przede wszystkim nie chcą być na nim stawiani. Są obok i w moim przypadku dało to ulgę i pozbawiło ograniczających relacje mechanizmów. Różnimy się formą a nie poziomem 🙂 Bardzo ciekawy tekst!

    • Bardzo ciekawe spostrzeżenia! Myślę, że to, co dla Ciebie już jest normalne, dla wielu kobiet byłoby prawdziwą rewolucją w myśleniu 🙂

  • KAsia

    Zawsze byłam wstydliwa skryta z nieśmiałością do mężczyzn, wszelkie miłości przeżywałam platonicznie, w myślach, wszystkie ważne sprawy wolałam załatwiać z kobietami a jak już musiałam iść do faceta to specjalnie ubierałam się brzydko tak żeby tylko nie wziął mnie za obiekt seksualny, takiego miałam świra 😉
    I to musiało się zmienić jak zaczęłam pracować,a tam musiałam przyjmować tłumy mężczyzn!. Na początku to był dla mnie szok, olbrzymi stres, lęk … nawet chciałam zawód zmienić. Tak musiałam się tego uczyć krok po kroczku, ciężko było .. tak nauczyłam i uczę się dalej, patrzeć na mężczyznę jak na drugiego człowieka bez otoczek podtekstów fantazji nastawienia .. nie zawsze mi się udaje, bo wiadomo są tacy faceci którzy tego nie ułatwiają a jeszcze inni działają na nas w szczególny sposób i wtedy jest trudniej myśleć racjonalnie:) Super tekst, tego potrzebowałamDzięki 🙂 Pozdrawiam

    • Dziękuję za podzielenie się tyloma osobistymi doświadczeniami! I życzę, żeby w relacjach z mężczyznami było już tylko lepiej 🙂

  • No jakbym o sobie czytała 😀 Też mnie posadzono z największym łobuzem w klasie, na dodatek tzw. „spadochroniarzem”, Piotrek miał na imię 🙂 Oczywiście w ramach resocjalizacji kolegi i zaprowadzenia porządku, dostała mu się najgrzeczniejsza dziewczynka 😀 A potem dłuuuuuuuuga, oj, długa faza kochliwego podlotka, która w zasadzie zakończyła się w dniu ślubu 🙂 Od tego czasu już mnie nie ruszają inni faceci, choć doceniam te wszystkie pociągające mnie cechy (które również posiada mój mąż) i czasami mocniej zabije serce i rumieniec się pojawi (nosz kurde, są tacy mężczyźni, nic człowiek nie poradzi; Luby też się czasami obejrzy za zjawiskową pięknością :)).
    Jednak obrączka na palcu, to po części kaganiec. Dzięki temu mam wielu kolegów i znajomych, na których mogę w razie potrzeby liczyć.

    • No proszę, bardzo podobna historia 🙂
      A kolegów zawsze warto mieć, dla zdrowia psychicznego. Czasem relacje z samymi babami nieźle dają w kość, mężczyźni mają jednak inne problemy 😉

  • Mam swój prywatny sposób na porażenie sobie z sytuacją, gdy w myślach stawiam jakiegoś mężczyznę na piedestale – myślami stawiam go w zupełnie odwrotnej sytuacji niż widzą oczy, czyli w praktyce oznacza to, że to zwykły, normalny człowiek, który jak każdy budzi się rano z nieswiezym oddechem na przykład i zdarza się mu puścić bąka. Wyrozumiałość +10 z automatu :)) Każdy aktor, artysta, kolega, nawet najbardziej atrakcyjny ma to samo, zwykłą codzienność za kulisami – jak my wszyscy. To mnie najbardziej „zbliża” do dobrych wyposrodkowanych relacji, zrozumienia i chęci luźnej, międzyludzkiej rozmowy, bez drugiego dna i nieuzasadnionego dystansu.

    Co do serialowej pary współpracowników, między którymi czuć chemię, ale bez parcia na nic więcej – para detektywów z „Mentalisty”. Bardzo ich lubiłam 🙂

    • Nie widziałam Mentalisty ale wychodzi mi na to, że tylko w serialach kryminalnych można sobie pooglądać neutralne relacje damsko-męskie 😉

  • Cóż, mój etap „kochliwego podlotka” trwał bardzo krótko, bo tylko przez ostatnią klasę gimnazjum. Poszłam do liceum, w którym było 80% dziewczyn, jak nie więcej, i po prostu faceci byli zmuszeni do kumplowania się z dziewczynami „normalnie”, a dziewczyny w większości wiedziały, że i tak miłości swojego życia w tej szkole nie znajdą, chyba że są lesbijkami. Sama mam trochę zainteresować typowo męskich i trafiając do nowej grupy ludzi odruchowo najpierw gadam z facetami, bo wiem że z nimi rozmowa zawsze będzie interesująca. Przez to dzisiaj gdy muszę przenocować w mieście, idą do któregoś z kumpli, bo zwyczajnie nie mam przyjaciółek ani żadnych dziewczyn, którym bym bardzo ufała. Nie powiem, że moje relacje z moimi kumplami są doskonałe i w każdym aspekcie pozytywne, milion razy musiałam sama siebie pytać, czy nie zachowuję się dwuznacznie, czy „odruchowo” z kimś nie flirtuję, czy nie traktuję facetów jak przyjaciółek, czy nie nadużywam zazdrości ich dziewczyn itd. Ale kurcze, takie typowo męskie spojrzenie na świat, z którym się ciągle spotykam naprawdę dużo mi daje, i przyjaźniąc się tylko z dziewczynami naprawdę bym się nudziła.

    • Wiesz co, już sam fakt, że zadajesz sobie takie pytania świadczy o dużej samoświadomości i o tym, że starasz się być w porządku. I wobec swoich kumpli i wobec ich dziewczyn. Także spoko. Przecież nie o to chodzi, żeby odmawiać sobie kumplowskich relacji tak na wszelki wypadek 🙂

  • Nigdy nie byłam dobra z matmy, ale byłam „dobrą dziewczynką” i też zazwyczaj kończyłam w ławce z jakimś mało rozgarnietym łobuziakiem.

    Teraz z powodu, że też uważam się za taką, która jest „kilka lekcji do przodu”, ze smutkiem obserwuję zjawisko, o którym piszesz. Ale widzę też, że równie często mężczyźni mają identyczny problem z kobietami. Może to zasługa, choć częściowo, tego że jesteśmy wychowywani w przekonaniu, że kobiety i mężczyźni to dwa różne światy, a przyjaźń męsko-damska nie istnieje.

  • Muszę przyznać- czytałam jak w transie. Fajny tekst i jakże prawdziwy. Ja zawsze miałam zdrowe relacje z chłopakami i nigdy nie zależało mi na podtekstach, czarowaniu, flirtowaniu z każdym napotkanym. Jednak sprawa się komplikuje, gdy ma się już tego jedynego. Ja mam. Od dwóch lat i przyznam szczerze, że każda konfrontacja sam na sam z innym mężczyzną (szczególnie tym z gatunku przystojnych) jest dosyć kłopotliwa, może ze względu na zbyt dużą ilość komplikacji w moim mózgu.. Dobrze jest więc trafić co jakiś czas na taki post 😉 Pozdrawiam

  • Strasznie dużo mądrości w tym wpisie. Niestety to też działa w drugą stronę. Wielu mężczyzn ma podobny problem, nie wie, jak się zachować w towarzystwie pięknej kobiety…Wpada w skrajności ignorowania albo flirtowania…I niby niewinny flirt nie jest zły, to hamulce często się psują…Kurcze temat rzeka

  • mia

    Miałam podobnie, długo nie mogłam sobie ułożyć życia z nikim. Najgorsze jest to, że nie wiedziałam czemu tak jest, miałam wielu, bardzo wielu kolegów, uważałam się za bardzo brzydką kobietę i nawet nie starałam sie o czyjeś względy bo uważałam, że nie mam szans u nikogo. Nie zauważałam kiedy podobam sie mężczyźnie bo uważałam, że to nie mozliwe żeby tak było. Jednak wcale nie jestem taka znowu brzydka, niestety faceci nie sa bezinteresowni, stąd też obecność moich kolegów, miłam ich naprawde wielu, zwykle do kolegi pisałam jak potrzebowałam notatek, jak gdzieś wychodziłam, zawsze koledzy, kobiet się bałam, że są piękne i kobiece, a ja jestem do niczego. Podkochiwałam sie w moich kolegach, ale udawałam, że jestem ich kumpelą i że nic nas nie łączy. Jednak kiedy się ocknęłam kończąc studia, że zdaje się podobam się tym wszystkim facetom, znacznie wzrosła moja pewność siebie. Lubiłam, żeby faceci się mna interesowali i tak podnosiłam sobie samoocenę, praktycznie od każdego faceta oczekiwałam zainteresowania i je otrzymywałam, a byłam w tym specjalistką już po kilku latach. Ale na każde głupie zachowanie przyjdzie kres, pewnego dnia zobaczyłam mojego faceta i straciłam głowę dla niego od pierwszego momentu kiedy na niego spojrzałam, okazało się, że on poczuł to samo, po tygodniu byliśmy parą. Kochamy się strasznie już dwa lata 🙂 A inni faceci? Juz ich nie potrzebuję do wielbienia mnie, to było chore. Teraz naprawdę jestem neutralna kobietą i mogę rozmawiać z męzczyzną bez obaw, że będę chciała zwrócić na siebie uwagę.

  • ja ciągle tęsknię do tej „dziecinady”, wtedy wszystko było takie ekscytujące 🙂 Uświadomiłaś mi dużo tym tekstem, bo mimo, że miałam zawsze dużo mężczyzn w swoim otoczeniu to zawsze próbowałam im się przypodobać w ten czy inny sposób