co cię dotyka, kto cię rani

 co cię dotyka

 

Dzisiejszy post sponsoruje życie, a reżyserem jest mijający tydzień. Trochę mniej było mnie tu ostatnio, trochę bardziej marudziłam. To właśnie dlatego, że ostatnich dni nie mogę zaliczyć do udanych.  Ale wszystkie życiowe sytuacje są po to, żeby wyciągać z nich wnioski. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Nie byłabym blogerką, gdybym nie podzieliła się tym z Wami 🙂 Zatem dziś znów opowiadam historię i głośno myślę. Tym razem o tym, w jaki sposób reagujemy na ludzi i zdarzenia. 

W samym środku mijającego tygodnia przydarzyły mi się dwie przykre sytuacje, które wytrąciły mnie z równowagi. Nie bardzo poważne, ale denerwujące, obie jednego dnia. Obie zmusiły mnie do tego,  żeby przystanąć i zastanowić się co i czemu mnie boli, i dlaczego na niektóre rzeczy reaguję ze zdwojoną siłą, a inne po prostu przeze mnie przepływają.

 

sprawa kota

Pamiętacie kota, którego przygarnęliśmy w pracy? Moja koleżanka z pokoju zlitowała się nad znajdą i zatrzymała u nas z zamiarem znalezienia mu kiedyś nowego domu. Kociak zadomowił się w naszym gabinecie i okazał się naprawdę uroczym stworzeniem. Ale jak każdy taki brzdąc – zaczął brudzić i niszczyć. Kilkukrotnie prosiłam G., moją bliską koleżankę, żeby ruszyć sprawę kota, bo poza wszystkim innym, w takim małym pomieszczeniu on się po prostu męczył i nudził. Ale bez skutku. Jest, to niech sobie będzie.

Jakie było moje zdziwienie, gdy wchodząc do pokoju pewnego dnia zobaczyłam, że… hmm, kociak ma wyraźne problemy żołądkowe. W postaci wymiotów. Na klawiaturze mojego komputera. Jeżeli śledzicie mnie dłużej, wiecie, że dwa miesiące temu zalałam sobie komputer wodą i byłam zmuszona oddać go do serwisu, do czyszczenia i naprawy. Snułam wtedy refleksje o tym, jak ciężkie jest życie osoby wylogowanej z sieci i  pozbawionej własnej przeglądarki… Tym razem nie mam tak romantycznych przemyśleń. Jestem zła i jest mi przykro, bo utrata sprzętu naraża mnie na kłopoty i koszty. Parę dni temu pisałam o tym, że niedługo wybieram się na wesele, więc naprawdę nie uśmiecha mi się wydawać kolejnych kilka stów ponad i tak napięty budżet. Ale ostatecznie to tylko pieniądze. Chodzi przede wszystkim o to, że ta sytuacja w ogóle nie powinna się wydarzyć.  

Jestem zła, ale bardziej na całe to wydarzenie, niż na konkretne osoby. Kot jest tylko kotem i oczywiście nie ma pojęcia, ze zrobił coś złego 😉 Mogłabym mieć pretensję do G., bo zlekceważyła moją prośbę. Jednak nie mam, ponieważ… no właśnie, moja koleżanka należy do osób, na które zupełnie nie umiem się gniewać. Trochę trzpiotowata i nieodpowiedzialna, ma jednak złote serce. Nie przewidziała tego, co się stało, a gdy już się stało, przejęła się nie mniej niż ja. Poza tym, nie bez znaczenia jest fakt, że znamy się od lat, przeżyłyśmy razem niejedno, wspierałyśmy się w najkoszmarniejszych chwilach i taki drobiazg nie jest w stanie zniszczyć naszej przyjaźni. Tak więc mam popsuty humor (i popsuty komputer…), ale przechodzę nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie myślę, nie tracę nerwów.

sprawa P.

Tego samego dnia w mojej pracy odbyło się zebranie. Nie byłam na nim, gdyż zupełnie mnie nie dotyczyło. Jak się jednak okazało, tylko ja tak myślałam. Mój kolega P., w ramach wolnych wniosków, wystosował propozycję, abym to ja zajęła się pewnymi… hmm, zaległościami które zaczęły ostatnio wszystkim dawać się we znaki. Są to rzeczy, z którymi nie mam najmniejszego związku, są to ludzie, z którymi nie współpracuję. Mogłabym się spokojnie wybronić, jednak – nie było mnie tam. Na szczęście mój szef ma głowę na karku i nie potraktował poważnie tej propozycji. Nic wielkiego się nie stało, wszystko zostanie po staremu. Ale wiadomość ta do mnie dotarła i potężnie wyprowadziła mnie z równowagi. 

 

Tym razem jestem naprawdę wściekła i jest mi smutno, chociaż sprawa rozeszła się po kościach bez żadnych konsekwencji (w przeciwieństwie do zalanego komputera). Tym razem moja złość wymierzona jest w konkretną osobę. O tej sytuacji ciągle myślę i wkładam w nią o wiele więcej nerwów. Sięgam po wszystkie moje sprawdzone sposoby radzenia sobie z emocjami (no, prawie – nie zapłakałam nad tym 😉 ).

Dlaczego? No właśnie, wszystko jest kwestią przyczyn. Tu ktoś intencjonalnie zadziałał na moją niekorzyść. Nie byle kto. O ile moja relacja z G. jest bardzo ciepła i bliska, o tyle P. wywołuje u mnie zupełnie inne uczucia. To jeden z bardzo niewielu ludzi, w których nie potrafię znaleźć nic dobrego (może nawet jedyny). Ale nie zawsze tak było. 

 

Sięgam pamięcią do początków naszej pięcioletniej znajomości.  Przyjaźnimy się, spędzamy długie godziny na rozmowach o wszystkim i o niczym. Nieźle się rozumiemy. W pewnym momencie orientuję się, że w jego oczach jest coś więcej niż koleżeńskie zainteresowanie. Jednak ja jestem wtedy zafascynowana kimś innym, P. to wie i sprawy między nami układają się dalej niby normalnie. Nigdy nie rozmawiamy otwarcie na takie tematy.

Po pewnym czasie zaczynam jednak przyglądać mu się uważniej, zaczynam dopuszczać do siebie różne możliwości. Jednak P. o tym nie wie, myśli że wszystko stracone i nie ma już potrzeby pokazywać mi swojej dobrej strony. On ściąga maskę, a mi otwierają się oczy. (Tak wiem, klasyczna telenowela, ale musiałam zarysować tło sytuacji  😉 ).

 

I stopniowo zaczynam dostrzegać jakim naprawdę jest człowiekiem. Widzę, jak przedmiotowo traktuje innych ludzi. Jak wszystkie jego relacje sprowadzają się do transakcji biznesowych. Jak manipuluje i wykorzystuje innych do swoich celów. Jak krzywdzi. Słyszę co i jak mówi o naszych wspólnych znajomych. Widzę, jak w bardzo realny i konkretny sposób szkodzi  ludziom (to, jak zachował się na zebraniu jest naprawdę drobnostką wobec innych jego akcji).

Gdzieś pod tym wszystkim oczywiście dostrzegam zakompleksionego chłopca, który próbuje coś udowodnić… Ja to dostrzegam. Ale jemu zupełnie brakuje autorefleksji i cały czas po trupach dąży do swoich celów. Wtedy właśnie silnie postanawiam nigdy nie wchodzić z P. w żadną bliższą relację. Jestem coraz bardziej zdziwiona i przerażona tym, że można być aż tak zepsutym człowiekiem… I cóż, on odczuwa moją niechęć, ponieważ po mnie z reguły wszystko widać. Nasze stosunki ostatecznie się psują i dziś mówimy już sobie tylko „cześć” na korytarzu.

 

Dlaczego więc jego zachowanie tak mocno wytrąciło mnie z równowagi? Cóż, ja jestem nadal emocjonalnie zaangażowana w tę relację. Musiałam to w końcu przed sobą przyznać. Nie dlatego, że mam jakiekolwiek ciepłe uczucia wobec tego człowieka. Nie mam. Jednak P. wciąż pozostaje kimś, kto bardzo mnie rozczarował. Jest więc we mnie jakiś żal, jakiś zawód i wciąż ogromne niedowierzanie, że mogłam się tak pomylić. Jest we mnie jakaś niezgoda, która wyłazi na wierzch zawsze wtedy, gdy widzę jego podłe zachowanie. A najbardziej uwiera mnie to, że naprawdę nie umiem dostrzec w P. niczego dobrego, choć tak bardzo bym chciała. Zawsze wtedy odzywają się we mnie wyrzuty sumienia: spodziewałam się po nim świńskiego zachowania i tak się stało. Czy naprawdę nie potrafiłam spodziewać się niczego innego? 

 

Myślę o tym wszystkim i dostrzegam, w jaki sposób różne sytuacje wpływają na mnie i dotykają mnie do żywego. Widzę, że moja reakcja często jest zupełnie nieproporcjonalna do wagi sytuacji,  że pewne rzeczy mnie zapalają, a inne po prostu wypuszczam z rąk.

Podobno życie składa się w 10% z tego, co nam się przydarza i w 90% z tego, jak na to reagujemy. Pomyślcie teraz o tych wszystkich sytuacjach, o tych ludziach, którzy wywołali w Was gwałtowne emocje. O tych słowach, które zraniły, bo niespodziewanie dotknęły czegoś bardzo ważnego. Czy zadajecie sobie czasem trud dokopania się do źródeł Waszych reakcji? Czy w tych burzach, które przeżywamy, jest w ogóle szansa na dotarcie do oka cyklonu i zrozumienie, co tak naprawdę rani i dlaczego? 

Ja czasem to robię, a mijający tydzień dostarczył mi wyjątkowo wielu tematów do przemyśleń. Jeśli więc miałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego pewne zachowania dotykają nas szczególnie mocno, powiedziałabym, że powodów jest co najmniej kilka:

 

intencje

Potrafimy naprawę wiele wybaczyć, jeśli widzimy czyjeś szczere intencje. Rozbraja nas to, że ktoś nie wiedział, nie pomyślał, nie chciał specjalnie. Nawet jeśli czujemy złość, to z reguły wyparowuje ona jak kamfora, a my powracamy do równowagi. Sama widzę po sobie, że nie umiałabym się gniewać na moją koleżankę (nie mówiąc już o kocie), po prostu czuję że to nie ma sensu. Natomiast jeśli ktoś intencjonalnie chce nam zaszkodzić… to wywołuje emocje. To boli, rodzi pytania, niedowierzanie i złość. Tu trudno wybaczyć, ponieważ takie wydarzenia odbieramy bardzo osobiście. 

 

ważni ludzie

Najbardziej ranią nas ludzie bliscy, ci których kochamy. To przed nimi odsłaniamy się najbardziej, to im ufamy, to oni mają do nas największy dostęp. Najbardziej cierpka uwaga koleżanki ze studiów nie zaboli tak bardzo, jak te same słowa wypowiedziane przez siostrę czy przyjaciółkę. Ponieważ tym słowom automatycznie nadamy dużo większe znaczenie. Zdradzają nas wyłącznie ludzie bliscy. Gdyby przykrość w pracy spotkała mnie ze strony dobrej koleżanki, dotknęłoby mnie to o wiele bardziej.  A na pewno – w inny sposób. 

 

rodzice

Rodzice to również ważni i bliscy ludzie. Jednak, czy zwróciliście uwagę na to, że ich opiniom nadajemy szczególne znaczenie? Rodzice są całym światem przez pierwszy, bardzo ważny okres naszego życia. Wierzymy im bezwarunkowo, nie mamy dystansu do tego, co mówią i robią. A oni często nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ mają na nas ich (nawet przypadkowe) słowa. Zdarza się, że żyją one w nas przez długie lata, jako niepodważalna prawda. Zdarza się i tak, że nawet jako dorośli ludzie zapalmy się gwałtownie pod wpływem słów mamy czy taty, tak wielkie przywiązujemy do nich znaczenie. 

 

oczekiwania

Najzdrowiej jest nie mieć ich zbyt wielu. Ale mimowolnie obarczamy oczekiwaniami ludzi w naszym otoczeniu. Nie tylko najbliższych. Oczekujmy pewnych rzeczy od naszych przełożonych, od naszych autorytetów, ale też od ludzi, z którymi dzielimy mieszkanie, czy współpracujemy przy tym samym projekcie. Oczywiście waga tych oczekiwań za każdym razem jest inna. Ale spodziewając się czegoś po kimś, automatycznie jesteśmy narażeni na zawód i rozczarowanie.  Im większe oczekiwanie, tym silniej reagujemy na to, co dostajemy w zamian. 

 

krytyka

Nie wierzę w to, że ktoś ją lubi. Może być cenna i konstruktywna, ale zawsze wywołuje emocje. Zawsze mniej lub bardziej dotyka tego kim jesteś, albo tego, co robimy. Cudze słowa przeciwko nam samym. Wiele zależy od ludzi, którzy nam jej dostarczają i sposobu w jaki to robią. Z biegiem czasu uczymy się ją cenić i obracać na naszą korzyść. Albo i nie. 

 

czułe miejsca

Każdy z nas ma takie czułe punkty, których dotknięcie wywołuje falę emocji. To mogą być rzeczy, z którymi skrycie borykamy się przez większość życia, zupełnie nie okazując tego na zewnątrz. To mogą być słowa, wywołujące falę wspomnień. Albo nasze kompleksy. To mogą być wszystkie te rzeczy, na które jesteśmy po prostu szczególnie wyczuleni. I wtedy wystarczy jedno niewinne zdanie, rzucone przez przypadkową osobę, żeby zabolało nas do żywego. Wiecie, co najbardziej zdenerwowało mnie w tej sytuacji w pracy? To, że ktoś za moimi plecami decyduje o moim czasie i obowiązkach. Mniej zabolała by mnie zwykła obmowa, nie zwracam uwagi na takie rzeczy. Ale wszelkie przejawy manipulacji doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Taki mój hot spot 😉

 

my sami

No dobrze, czas w końcu przyznać, że wszyscy jesteśmy trochę neurotykami. Mamy skłonności do wyolbrzymiania tego, co przydarza się właśnie nam. Mamy tendencję do stawiania siebie w centrum wszechświata. Jesteśmy mistrzami w doszukiwaniu się wszędzie drugiego dna. Nie jest tak? Mogę pierwsza podnieść rękę w górę 😉 Przez większą część mojego życia byłam klasyczną neurotyczką i wszystko ogromnie brałam do siebie. To się oczywiście zmienia, patrząc wstecz widzę jak bardzo. Bo przecież całe życie uczymy się dystansu do siebie i zachowywania równowagi w przeróżnych sytuacjach. Ostatnio łapię się na tym, że sama siebie upominam słowami w stylu „no brawo Gosia, to takie neurotyczne…”. Zazwyczaj działa, polecam 😉

 

A może są jeszcze inne słowa/ludzie/okoliczności, które działają na Was szczególnie mocno,  o których tutaj nie napisałam? W moim (krótkim jeszcze) życiu na pewno nie doświadczyłam wszystkiego. Czy przypominacie sobie takie sytuacje, w których reakcja była niewspółmiernie silna do bodźca, który ją spowodował? Dlaczego?

Jak zwykle jestem bardzo ciekawa Waszego zdania!

 

gosia

 

zdjęcie

  • Margerytka

    Nieraz tak mam, że coś mnie zaboli dużo bardziej niż bym się spodziewała… a coś innego boli mniej, choć wydawałoby się że to poważniejsza sprawa.
    Kilka miesięcy minęło od dnia kiedy ktoś, dla kogo często znajdowałam czas by go wysłuchać, nie znalazł nawet czasu by powiedzieć: sorry, nie uda nam się, mam o Tobie złe zdanie, słyszałem o Tobie to, to i to… po prostu wyszedł.
    Nie sądziłam, że tak bardzo mnie to zaboli i tak długo będzie się goić.

    Jak tak Ciebie czytam, to mam wrażenie, że wiele nas łączy 🙂

    Pozdrawiam ciepło 🙂

    • Zawiedzione zaufanie boli bardzo. Ale mam nadzieję, że pomimo takich trudnych doświadczeń nie przestaniesz ufać ludziom 🙂
      Ściskam :*

      • Margerytka

        Sama się sobie dziwię, ale chyba od tamtego momentu bardziej zaczęłam doceniać tych co są mimo wszystko, i jakoś dają radę z tym, że nie jestem łatwą osobą i że czasem bywam niezbyt „do ludzi”… co wyszło na dobre wszystkim 🙂
        A z drugiej strony ktoś o kim mówiłam jako osobie, która mnie zawiodła, w tym najbardziej przygnębiającym momencie napisał mi: spokojnie, opowiesz mi co się stało i razem coś wymyślimy…
        Więc tak czasem myślę, że nawet jeśli bolało (i czasem boli dalej) to było mi to potrzebne.
        I tak, jak napisałaś: każda taka sytuacja może nam coś o samym sobie uświadomić. Jeśli tego oczywiście chcemy.
        :*

  • No cóż, mnie też wyjątkowo drażnią zachowania innych ludzi, które wydają się zupełnie bez sensu i nie rozumiem dlaczego zostały skierowane w moją stronę. Prosty przykład: w piątek szef szefów obchodził okrągłe urodziny, więc nasz bezpośredni szef zorganizował wycieczkę z życzeniami i całusami. Po akcji szef szefów częstuje jakimiś cukierkami (zresztą dość marnymi i prawdopodobnie z funduszu reprezentacyjnego, a nasz bezpośredni mówi „nie my dziękujemy, nie będziemy się częstować i jak kogut kury, zapędza na nas do wyjścia. I to już drugi rok to samo! No jakim prawem on uważa się za upoważnionego do zakazywania nam poczęstunku. Spojrzałyśmy po sobie z koleżanką i równym krokiem udałyśmy się po swoje galaretki. A ten nasz rzucił jeszcze speszony „to może cały talerz weźmiemy!”. Wiem, ze to pierda w porównaniu z Twoimi zdarzeniami, ale chciałam obrazowo przedstawić ten rodzaj sytuacji. Jestem strasznie przywiązana do własnej niezależności i ulegam grzecznie tylko w uzasadnionych przypadkach. Ale z drugiej strony właśnie wczoraj sięgnęłam po „Przebudzenie” De Mello i naszła mnie reakcja, że kieruje mną po prostu marne przywiązanie, że człowiek, który jest prawdziwie przebudzony nie pozwala by to inni sterowali jego nastrojem, a już szczególnie w takich trywialnych sytuacjach jak z mojej opowieści. Poszłam po tego cukierka – OK, ale to, ze jeszcze dzisiaj potrafię wspominać o tym zdarzeniu z pasją, to już przesada. Ech, bo tyle jest w życiu do opanowania, a najtrudniej to chyba nad sobą nieraz zapanować 😉

    • Rzeczywiście dziwna sytuacja. Ten Wasz bezpośredni ma jakiś problem i niepotrzebnie przenosi go na pracowników. Ja też bym się wkurzyła. Ale dzielnie wybrnęłyście 😉
      Wiem o czym mówisz: zachować się asertywnie to jedna sprawa, ale zachować w takiej sytuacji całkowity spokój – to wyższa szkoła jazdy. Pewnie droga do takiej niezależności jest długa, kręta i zajmie nam większą część życia. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo 😉