Kto odbiera Ci prawo do życiowej stabilizacji?

życiowa stabilizacja

 

Siedziałyśmy we dwie w małej kafejce niedaleko pracy, spędzając przerwę przy kawie i ciastku. Tu dało się przynajmniej spokojnie porozmawiać. Żadnego pukania co pięć minut do drzwi, żadnego uważania na to, co się mówi i kto ze znajomych słucha. Tak przynajmniej myślałam, rozrywając saszetkę z cukrem trzcinowym i słuchając Aśki, która z wypiekami na policzkach opowiadała mi o zbliżającym się wyjeździe w góry. W pewnym momencie jej wzrok powędrował jednak wysoko nad moją głową, a dłoń trzymająca łyżeczkę zamachała do kogoś energicznie. Odwróciłam się i zarejestrowałam już tylko plecy wychodzącego z kawiarni Leszka, naszego znajomego z pracy. Właściwie bardziej jej niż mojego.
– Wygląda na to, że nie chciał się do nas przyłączyć – stwierdziłam, nie bez ukrytego zadowolenia. Nie przepadałam za Leszkiem, kilka lat starszym od nas przysadzistym blondynem o mentalności cwaniaczka, który większość swoich wypowiedzi kończył porozumiewawczym mrugnięciem. Wiedziałam jednak, że Aśce to nie przeszkadza i że się kumplują.
– Zapomnij – powiedziała. – Leszek ostatnio zupełnie bez humoru. Krążą słuchy, że już nie mieszka z Wiolką – dodała ciszej, nachylając się nad stolikiem w moim kierunku.


Nigdy nie interesowałam się życiem prywatnym Leszka, ale wiedziałam, że to rozwodnik, który większość życia spędza w pracy, a resztę pomieszkując z dużo młodszą od siebie dziewczyną. Która zresztą była koleżanką Asi ze studenckich czasów. Pamiętam, że na początku zdziwił mnie tan układ, ale szybko przestałam się nad tym zastanawiać, uznając że każda dziewczyna ma swoje priorytety.
– Może to i dobrze – powiedziałam. – Ze względu na nią. Może dziewczyna w końcu będzie miała szansę ułożyć sobie życie.
– Też tak myślę. Nie wyobrażam sobie tego. Mieć trzydziestkę na karku i tułać się po wynajętych stancjach – przytaknęła Asia, oblizując widelczyk z kremu mascarpone.
Spojrzałam na nią trochę zaskoczona. Bo przecież zupełnie nie o to mi chodziło, gdy mówiłam o układaniu sobie życia. I już, już miałam na końcu języka wyjaśnienie, że może dziewczyna w końcu znajdzie sobie sensownego faceta, założy rodzinę… ale potem się w ten język ugryzłam.
Popatrzyłam na Aśkę, silną singielkę z dobrą pracą i własnym mieszkaniem na kredyt. I pomyślałam, że to przecież też jest sposób na układanie sobie życia. Pomyślałam też, że wspólnym mianownikiem w życiu wielu młodych kobiet jest dążenie do życiowej stabilizacji. Ale rozumiemy ją bardzo odmiennie, a często wręcz wstydzimy się przyznać, że za nią tęsknimy.
A potem pomyślałam, że to dobry temat na tekst i postanowiłam go napisać.

 

 *  *  *

 

Być może pomyślicie, że odpowiedź na tytułowe pytanie jest oczywista i nie ma się w ogóle nad czym zastanawiać. Któż miałby odbierać kobiecie prawo do życiowej stabilizacji? No nikt. Z moich obserwacji wynika jednak, że często robimy to sobie same, ulegając presji świata nastawionego na rozwój i sukces.
Przez pewien czas, gdy myślałam o życiowej stabilizacji i zaczynałam odczuwać tęsknotę za takim stanem rzeczy, dość szybko karciłam się za to w myślach. Wiecie dlaczego? Natychmiast przychodziła mi do głowy kultowa wypowiedź Jacka Walkiewicza z forum TED pt. „Pełna moc możliwości”.

 

 

Cały wykład jest pochwałą życia na pełnych obrotach i odważnego spełniania marzeń. Ale mi szczególnie utkwiła w pamięci historyjka o studentach zapytanych o życiowy cel na najbliższe dziesięć lat. Najczęstszą odpowiedzią była właśnie stabilizacja. Którą autor natychmiast wytknął jako drogę donikąd, a już na pewno nie do spełnionych marzeń i sukcesu. Jeśli nie oglądaliście tej prezentacji, to polecam, bo sama w sobie jest naprawdę świetna, a że Walkiewicz ma ogromną charyzmę, to słucha się go wyśmienicie. (Jeśli jednak szkoda Wam czasu, cytowany przeze mnie fragment zaczyna się w 5:57 minucie.)
Życiowa stabilizacja została tu więc wykpiona i taki właśnie przekaz trafił do setek tysięcy młodych ludzi. Trafił zarówno do kobiet, jak i mężczyzn, rzucony w przestrzeń, aby poruszać i motywować do działania tych, którzy nie daj Boże chcieliby po studiach spokojnie ułożyć sobie życie. Nie mam zresztą wątpliwości co do tego, że niejednej osobie otworzył oczy, a może nawet kogoś popchnął do działania. Ale wiem też, że nie jest obojętne, czy taką myśl zasiewa się w męskim, czy kobiecym umyśle, bo w każdym może się ona przeobrazić w zupełnie inną roślinkę. Albo w chwast.
Zobaczcie z jak wielu źródeł płynie do nas podobny przekaz, który jest niejako symbolem naszych czasów i – absolutnie nie zaprzeczam – jest ich pięknem. Mówi się nam, że możemy być kim tylko zechcemy. Że możemy wybrać każde studia, pojechać w każde miejsce na Ziemi, aby rozpocząć tam nowe życie, zrealizować każdy pomysł. Poniekąd nawet głupio dziś żyć zwyczajnie i tego wszystkiego nie robić. W świetle tylu możliwości życiowa stabilizacja rysuje się więc jako coś nudnego, co ewentualnie można odłożyć na później.

 

Pomyślcie, gdyby wszystkie te motywacyjne teksty, z którymi jesteśmy już całkiem nieźle osłuchane, brzmiały inaczej dla kobiet niż dla mężczyzn, byłybyśmy strasznie oburzone, prawda? Tak wiele kosztowała nas walka o równouprawnienie (wciąż jeszcze zresztą nie widać jej końca), że byłybyśmy głęboko dotknięte, gdyby ktoś zaczął mówić: ty mężczyzno możesz osiągnąć wszystko, a ty kobieto wcale nie musisz, wystarczy ci to i to. Strasznie byśmy chciały, żeby wszystko było już w końcu po równo. Tak strasznie że gdzieś po drodze gubią nam się naturalne różnice, które między kobietami i mężczyznami jednak występują. Samorealizacja w dzisiejszych czasach nie ma płci, a więc teoretycznie może wyglądać tak samo u mężczyzny, jak i u kobiety. Jednak biologia nic o tym nie wie.
Trudno nam zapomnieć, choćby na chwilę, że pod względem anatomicznym, fizjologicznym i hormonalnym jesteśmy skonstruowane tak, aby rodzić dzieci. Nasze ciało przypomina nam o tym konsekwentnie i regularnie. Przywykłyśmy traktować to jako słabość i nauczyłyśmy się ograniczać do minimum za pomocą leków lub wręcz chwilowego zawieszenia płodności do czasu, aż może kiedyś będzie potrzebna. Czasem robimy to dla własnej wygody. Ale jakże często zewnętrzny reżim pracy, przemieszczania się, czy też brak życiowej stabilizacji zmuszają nas do trzymania ciała w ryzach. No właśnie, brak stabilizacji. O ile jednak ciało można do wielu rzeczy zmusić albo je oszukać, o tyle głęboką potrzebę stabilizacji i bezpieczeństwa zagłuszyć w sobie trudno. Na tym polegają instynkty. Mocno wdrukowane w strukturę psychofizyczną kobiety i ożywiane nie tylko przez kulturę i tradycję, ale przede wszystkim przez krążące we krwi hormony. Mówiąc trochę ładniej – kobiecość polega między innymi na szukaniu stabilizacji i bezpiecznego miejsca w życiu, aby móc to życie przekazywać dalej. Jestem przekonana, że mnóstwo kobiet robi sobie największą krzywdę, próbując zwalczyć te wynikające z biologii potrzeby, zamiast pójść ich śladem.

 

Myślę, że to „własne miejsce w życiu” odnajdujemy gdzieś pomiędzy dwudziestką a trzydziestką. Choć w obecnych czasach już znacznie bliżej tej drugiej granicy. Ogromna większość kobiet ma w sobie najbardziej naturalne na świecie pragnienie znalezienia mężczyzny i założenia rodziny. A jednak to nie one stawiane są nam za wzór sukcesu i radzenia sobie w życiu. Znacie tę sytuację, kiedy mama, ciocia albo sąsiadka rozpływa się nad osiągnięciami Waszej koleżanki z przedszkola, która nie dość że skończyła dwa kierunki studiów z wyróżnieniem, to jeszcze zaczęła doktorat, zwiedziła pół Indii i jest w trakcie robienia kursu instruktora wspinaczki górskiej? Znacie to uczucie, które mówi Wam, że może też powinnyście zrobić „coś” z własnym życiem? Nie tyle z potrzeby serca, co raczej po to, żeby nie zostać tak strasznie w tyle za koleżankami z sąsiedztwa?

A tymczasem znalezienie stabilnego miejsca w życiu to równie ambitne zadanie, tylko że mało kto je docenia. Życiowa stabilizacja ma różne oblicza, ale zawsze sprowadza się do odczuwania wewnętrznego spokoju, że jestem w dobrym miejscu albo idę w dobrym kierunku.

I tak może to być oczywiście wymarzone małżeństwo, które daje możliwość realizowania się jako żona i matka.

Może to być znalezienie wymarzonej pracy, która uskrzydla i sprawia, że wszystko robi się z przyjemnością.

Albo powrót do domu i pogodzenie się z matką.

Znalezienie przyczyn długotrwałych problemów ze zdrowiem i zrozumienie własnego organizmu.

Kupno własnego mieszkania, które kończy etap poststudenckich wędrówek z plecakiem i kompletem garów.

Ale nade wszystko stabilizacja to zgoda na samą siebie, na swoje pragnienia, swoje ciało, własną historię, małe dziwactwa i duże problemy, instynkty i biologiczne potrzeby. I brak wstydu z powodu tego, że robię w życiu tak mało, podczas gdy wszyscy wokół powtarzają mi, że mogę wszystko. 

 

Na koniec zaskoczę Was jeszcze jedną obserwacją. Otóż życiowa stabilizacja jest dokładnie tym, co kobiety uskrzydla i motywuje do działania. Dziewczyny, które poświęciły się życiu rodzinnemu uważa się często za mało ambitne. Ponieważ wychodzą wcześnie za mąż, zakopują się w pieluchach i przez to rezygnują z innych życiowych możliwości. A tymczasem ja obserwuję uczestniczki facebookowej grupy dla kreatywnych kobiet i widzę coś zupełnie innego. Widzę, że większość z nich jest spełnionymi żonami i matkami, które zaczynają nabierać wiatru w żagle i rozkręcać własne biznesy. Są pełne entuzjazmu i pomysłów, wiele z nich właśnie na tym etapie życia zaczyna realizować swoje marzenia. Myślę, że ta grupa skupia jakby w soczewce obraz wielu współczesnych kobiet, które mając ustabilizowane życie rodzinne, zapragnęły zaryzykować i sięgnąć po więcej. Tak jakby zaspokojenie tych najbardziej naglących instynktów i pragnień wyzwalało dodatkowe pokłady energii. Energii, która rodzi się ze spokoju, a nie z desperacji i dlatego jest dużo bardziej twórcza.

 

Wracając do wypowiedzi Walkiewicza, może rzeczywiście miał rację co do konieczności działania i realizowania swoich marzeń. Może po prostu nie uwzględnił tego, że kobieta ma jeszcze po drodze pewną misję, na którą przeznacza znaczne pokłady energii i potrzebuje stabilizacji.

Wracając do mojej rozmowy z Asią… Cóż, moja koleżanka dopiero po kupnie mieszkania i stabilizacji w pracy odkryła w sobie pasję do narciarskiego szaleństwa. A to tylko jedna a z wielu takich historii. Historii, które mówią o tym, że dając sobie prawo do życiowej stabilizacji, nie zamykamy furtki innym możliwościom. Może odkładamy je w czasie. Może dorastamy to tego, żeby coś zrobić lepiej. A może gdzieś po drodze okrywamy zupełnie nowe pasje i umiejętności.

.

A co Wy myślicie o życiowej stabilizacji? Dajecie sobie do niej prawo? Komu stabilizacja dodała skrzydeł, a kogo rozleniwiła na dobre?

.

gosia

.

.

zdjęcie

.

  • Po mojej głowie w ostatnim czasie również krążyły myśli na podobny temat. Nie jest łatwo być kobietą w dzisiejszych czasach, bo czujemy na sobie ogromną presję tego, żeby „coś” osiągnąć. Traktujemy spełnianie się jako żona i matka jako coś gorszego. I przyznam, że też czuję na sobie taki przymus, żeby najpierw to „coś” osiągnąć, a dopiero kiedy będę to miała pozwolić sobie na bycie żoną i matką. Tylko czy to jest droga do szczęścia? Czy ja i inne kobiety naprawdę tego chcemy? Ostatnio coraz częściej myślę, że dążąc do sukcesu i realizacji marzeń (które nie zawsze są tak naprawdę naszymi marzeniami) zagłuszamy w sobie naturalne pragnienia i instynkt macierzyński. Uważam, że powinnyśmy bardziej wsłuchiwać się w siebie i w swoje potrzeby, a nie narzucać sobie niczego. Bo fakt tego, jaką drogę wybrałyśmy w życiu nie powinien kategoryzować nas na lepsze i gorsze. Każda z nas jest równa i tak samo wartościowa niezależnie od tego czy jest bizneswoman, zwykłą krawcową, niepracującą matką czy kimkolwiek innym. Jeśli nie mamy ochoty podbijać świata nie powinnyśmy mieć z tego powodu kompleksów.

    • Uwielbiam Cię za ostatnie zdanie! To jest dokładnie to, co ja myślę i chciałam przekazać. Poza tym często jest tak, że „podbijamy” nasz własny, mały kawałek świata i choć nie jest to spektakularne, to przynosi nam spełnienie.

  • Jak zwykle pięknie rozwinęłaś temat 🙂 ja nigdy nie traktowałam wczesnego wyjścia za mąż i macierzyństwa jak jakiejś „przeszkody” w realizacji swoich celów. Raczej tak jak piszesz, teraz czuję, że mając rodzinę mam i mogę wszystko. Nie ma lepszego wsparcia i źródła motywacji 🙂 A tak bardziej przyziemnie, sama sobie powtarzam: „będziemy po 30, moje koleżanki dopiero będą myśleć o dzieciach, a mój Synek będzie już na tyle duży, że ja sama będę mogła więcej czasu poświęcać dla siebie”. No i będąc mamą przekonałam się, że żadne dyplomy, awanse, pieniądze nie wywołują takiego uśmiechu i poczucia dumy, jak uśmiech dziecka 😉

    • Ania, jestem pewna że Ty po trzydziestce będziesz zdobywać góry i robić fantastyczne rzeczy 🙂 Bo rzeczywiście wczesnie zaczęłaś i nie marnujesz czasu.
      Wow, Twój Synek już się uśmiecha? 🙂

      • Tak! I ten uśmiech potrafi wynagrodzić wszystko, nawet wstawanie o 3 w nocy 🙂

  • Sama prawda. Ja weszłam w macierzyństwo nieprzypadkowo ale jednak dość spontanicznie i teraz widzę, że większa stabilizacja dałaby mi teraz spokojniejszą głowę. Dobrze urządzone mieszkanie i lepiej zorganizowana firma albo jednak etat dla Męża…
    Stabilizacja daje nam poczucie bezpieczeństwa, taką bazę, z której i na te narty, i do Chin można nawet z Dzieckiem. Czasem. A na co dzień dobrze działający dom, spacery i wypady na randki do kfc 😉
    To są trudne czasy dla kobiet i dla dzieci. Nawet myśląc „po 30stce, 40stce sobie odbiję, podbiję świat” wyrażamy myśl, że dziecko nam przeszkadza w fajnym życiu. Bo taką dzisiaj mamy w kulturze a nie inną definicję fajnego życia.
    „I brak wstydu z powodu tego, że robię w życiu tak mało, podczas gdy wszyscy wokół powtarzają mi, że mogę wszystko.” – w ramki i nad biurko!! – jak mawiał mój nauczyciel matematyki. Ja ostatnio wręcz buntuję się przeciw bogowi produktywności.
    Dzięki za ten tekst 🙂

    • Ula, dzięki za odzew 🙂 I za mądry głos kobiety, która robi w życiu bardzo wiele, ale nie traci z oczu najważniejszych priorytetów. Potwierdzasz moje obserwacje na temat tego, że stabilne życie rodzinne jest dla kobiety bazą, z której może wyruszyć na niejedną górę 🙂

  • Do teraz nie wiem, jak to skomentować. To jest świetne! Podesłałem mojej, pewnie będziemy o nim dyskutować, jak się jutro zobaczymy. Dziękuję, Gosiu! W przypadku faceta też jest podobnie, choć on się rozwija, dlatego że może razem z kobietą i dla kobiety budować tę stabilizację. 🙂

  • Ja się trochę nie zgadzam z Walkiewiczem. Życiowa stabilizacja wcale nie ogranicza! Zależy jeszcze, kto jak rozumie stabilizację. Dla niektórych jest to własne mieszkanie, dla niektórych rodzina, dla niektórych wymarzona praca. Jeżeli człowiek jest spokojny, ma poukładane życie to dlaczego niby nie może spełniać swoich marzeń? Ja mam rodzinę i pracę czuję, że jestem ustabilizowana i w niczym mi to nie przeszkadza. Na początku wszyscy mi mówili, że będzie mi w życiu ciężko, bo… dziecko w wieku 20 lat? A jednak, skończyłam studia, znalazłam pracę, rozwijam moje zainteresowania i mogę o wiele, wiele więcej, niż kiedy byłam sama i nieustabilizowana 😉

    • Wiesz, ja myślę, że on ma jednak typowo męską życiową perspektywę. Facet, który ma zaplecze rodzinne, zorganizowane prze oddaną żonę może pozwolić sobie na więcej, bo życiową stabilizację ma już niejako zapewnioną. I to taką, która go nie ogranicza. Kobieta musi poświęcić na takie rzeczy znacznie więcej energii.
      Wow jestem pełna podziwu dla Ciebie! Dzięki za Twoją historię, jeszcze bardziej umacniasz mnie w przekonaniu, że kobiety to niezwykłe istoty 🙂

  • Jesteśmy tak różni i tak różnorodni, że nie ma co się upodabniać do sąsiadki, kuzynki czy jeszcze zupełnie innej kobiety. Na każdego z nas, każdą z nas działa coś innego. Każdy potrzebuje innych bodźców. Na jednym stabilizacja zadziałam, a na innych wręcz przeciwnie. Nie ma co na siłę pakować się w określone schematy tylko po to, żeby się komuś przypodobać, albo wyróżnić na tle innych. Ludzie potrzebują różnych bodźców do działania i tak jak jednych stabilizacja może ograniczać tak dla drugich może okazać się swojego rodzaju wybawieniem i nowymi pokładami siły i odwagi. I to jest w ludziach piękne. Mnie osobiście stabilizacja nie przeszkadza w niczym. Daje mi poczucie bezpieczeństwa i za to jej jestem wdzięczna, bo to dla mnie ważne. Ale pod żadnym pozorem nie ogranicza mi innych furtek, by działać, by tworzyć, by się rozwijać i przesuwać granicę swojej odwagi.

    Piękny i pełen mądrości tekst Gosiu. Gratuluję. 🙂

    • Dziękuję! Chciałabym żeby wszystkie kobiety potrafiły tak cudownie wsłuchiwać się w siebie i iść za swoimi potrzebami 🙂

  • Muszę przyznać, że bliżej mi do rozumowania Asi. Dla mnie stabilizacja w życiu nie może zależeć od osób trzecich. To coś, co tworzy się samemu, na własnych warunkach. Stabilizację rozumiem jako poczucie bezpieczeństwa, a bezpieczeństwo to poukładany umysł i akceptacja samej siebie + stały dopływ gotówki. Mój mózg jest chyba o wiele bardziej męski niż kobiecy, coś tak podejrzewam 😉
    Ale masz rację, dzisiejsza presja na sukces może wpędzać w kompleksy. Sama często mam poczucie, że robię za mało, choć chyba obiektywnie, to robię dużo, ale nie wiem. W blogosferze wydaje się, że wszyscy codziennie wyrabiają 200% normy, jak w ZSRR.

    • Mam podobne obserwacje co do blogerskiego 200% normy 😉 Ale to chyba dotyczy wszystkich, którzy w jakiś sposób istnieją w internecie, bo tu łatwo chwalić się sukcesami, a o ciężkiej pracy, która do nich prowadzi, mówi się dosyć rzadko.

  • Koniecznie muszę obejrzeć ten wykład! W zasadzie zamknę Twojego bloga i zaczynam oglądać. Dla mnie ważna jest uczuciowa stabilizacja. Ważne że mam mojego męża a on mnie. Nieważne gdzie będziemy, czy w wynajętej kawalerce, czy w pięknym domu. Niektórzy wolą mieć swoje mieszkanie, ale całe życie spłacać kredyt, a niektórzy wolą podróżować i mieszkać trochę tu trochę tam. Wybór zależy tylko do nas.

  • Nigdy nie zapomnę myśli, która pojawiła się w mojej głowie gdzieś na etapie końca liceum, że może i mogłabym osiągnąć wielki sukces, i może mogłabym iść w tym kierunku ciężko na niego pracując, ale wolę być może trochę „niżej”, mieć może mniej, ale żyć we własnym rytmie i na nic się nie spinać. Młodsza wtedy byłam, ale bardzo jestem dumna z tej swojej ówczesnej myśli. To chyba dzięki niej osiągnęłam nieprawdopodobny sukces w kategorii nie „więcej”, a „bardziej”, nie wyżej, a „głębiej”. I takie osadzenie w sobie i wiara, że poradzę sobie z każdym sukcesem i porażką stanowi moją stabilność i daje wewnętrzne bezpieczeństwo 🙂

  • Pingback: Jacek Walkiewicz – osobowość XXI wieku - SOCJOPATKA.PL()

  • Pingback: • MONOTEMATYCZNA PRZEGLĄD@RKA #2 • | MonotematycznaOna.pl O Blaskach I Cieniach()

  • „Życiowa stabilizacja ma różne oblicza, ale zawsze sprowadza się do odczuwania wewnętrznego spokoju, że jestem w dobrym miejscu albo idę w dobrym kierunku.” – dokładnie tak. Twoja pierwsza myśl „znaleźć odpowiedniego faceta i założyć rodzinę” to może najbardziej popularna wersja, która wyznacza nam często ‚normalność’ tego, że „każdy powinien tak zrobic” a jak żyje inaczej to wzbudza nasze podejrzenia, nie wiemy do jakiej szufladki go wrzucić. Tymczasem dla kogoś priorytetem może wcale nie być założenie rodziny. Ktoś może w ogole jej nie chcieć. Ktoś może czuć się spełniony podróżując po całym świecie samotnie, z kimś bliskim, będąc w związku z dużo starszym mężczyzną i nikomu to oceniać.

  • Pingback: Słonecznik #2: Przedwiośnie - Witaj Słońce()

  • Dla mnie stabilizacją było małżeństwo i dom. Wcześniej przez kilka lat zmieniałam – z różnych powodów – mieszkania. W sumie przeprowadziłam się 13 razy i miałam już tego serdecznie dość.
    Dzisiaj jest inaczej i dziś doceniam stabilizację, którą mam, ale jednocześnie mam świadomość, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dla mnie dziś stabilizacją jest życie duchowe, jego higiena, relacja z Jah. Natomiast stabilizacja materialna to dla mnie doskonała przystań, z której moge wyruszyć w każdą szaloną podróż:)