Kto pierwszy mówi KOCHAM?

kto pierwszy mówi kocham

 

Gdy zbliża się ten czas, luty i Święto Zakochanych, wracam myślami do mroźnej, zimowej nocy sprzed roku. Pamiętam, że choć zima nie była ostra, luty hojnie sypnął śniegiem i ściął powietrze mrozem, przez co walentynki rozgrywały się w pięknej, surowej scenerii. Pamiętam też, że w tamtych dniach miała miejsce premiera „50 twarzy Grey’a”, więc olsztyńskie kina pękały w szwach. A ja zachodziłam w głowę, czy na tego typu film idzie się dla żartu, czy też jest to po prostu najwygodniejsza opcja walentynkowej randki. Bo romantycznie spędzony czas pod osłoną kinowych ciemności przy tej produkcji jakoś zupełnie nie mieścił mi się w głowie.
Mówcie co chcecie, ale nie wierzę tym, którzy podchodzą do walentynek z nonszalancką obojętnością. To święto albo się uwielbia, albo przeżywa cichaczem, próbując nie myśleć o braku ukochanej osoby przy boku. Jeśli kochasz i wiesz, że tego wieczoru Twoje objęcia zostaną odwzajemnione, a Twoja dłoń ogrzana kochającą dłonią, to najzwyczajniej w świecie cieszysz się na ten wspólnie spędzony czas. Na wieczór trochę bardziej wyjątkowy niż wszystkie inne. A jeśli nie kochasz, to prawie na pewno za tym tęsknisz. I wtedy dzień poświęcony zakochanym jakoś Cię jednak uwiera i boli. Ale to dobrze, że boli. Ponieważ to oznacza, że nie znieczuliłaś swego serca, że pozwalasz mu czuć i wyrywać się do tego, co mu przeznaczone.


Tamtego roku miałam wszelkie powody, by uwielbiać walentynki i czekać na nie z radością. Tamta noc miała stać się jedną z najpiękniejszych w moim życiu. I najgorętszą mimo siarczystych warmińskich mrozów.
Pamiętam, że na czystym niebie było widać całe mnóstwo gwiazd. Wyjechaliśmy autem poza miasto, klucząc po zalesionych, wąskich drogach, tak słabo oświetlonych, że nic nie mało prawa zakłócić widoku roziskrzonego nieba. Nie miałam pojęcia dokąd jedziemy, więc czułam lekką ekscytację. A jednocześnie znałam mojego mężczyznę na tyle, aby wiedzieć, że niespodzianka na pewno mi się spodoba. Miałam na sobie dość lekką sukienkę, więc patrząc na zaśnieżone pola, myślałam o tym, czy aby na pewno nie zmarznę…
Niespodzianką okazała się kolacja w eleganckim hotelu, położonym tuż nad brzegiem jeziora. Nie znałam tego miejsca, ale od razu wyobraziłam sobie, jak pięknie musi być tam latem. Zamarznięta tafla jeziora otoczona lasem obiecywała ogrom przyjemności, który z pewnością w sezonie przyciągał ludzi w to bajkowe miejsce. Wciąż jednak był środek zimy. Przemknęliśmy szybko przez parking w stronę rzęsiście oświetlonego wejścia do restauracji, w której czekało na nas ciepło, zarezerwowany stolik i przepyszna kolacja.

 

Tu mogłabym właściwie przewinąć film do przodu. Musicie tylko wiedzieć, że była to ze wszech miar romantyczna kolacja, ze świecami, trzymaniem się za ręce i patrzeniem sobie w oczy. Może zabrakło jedynie czerwonego wina, którego solidarnie z moim ukochanym, rozsądnym kierowcą postanowiłam wtedy nie pić. Jednak zanim zabiorę Was na zewnątrz, na spacer nad jeziorem pod roziskrzonym niebem, wypada, żebyście wiedzieli jedną rzecz. Mijał właśnie czwarty tydzień naszej znajomości. Tak się to wszystko złożyło, że walentynki przeżywaliśmy na największym haju wzajemnej fascynacji. Dlaczego to takie ważne? No cóż, do tego właśnie zmierza moja opowieść. Już wtedy, po tych kilku tygodniach miłość między nami wisiała w powietrzu, była we wszystkich pocałunkach, dotykach, spojrzeniach, w każdej chwili spędzonej razem. Nie została tylko wypowiedziana. Choć przysięgam, dużo wcześniej cisnęła się na usta.

 

Wtedy cisnęła się wprost natrętnie. I pewnie nie bez znaczenia były miliony gwiazd, bezczelnie pięknych na tle czarnego nieba, oszałamiający widok białej tafli jeziora oraz to, że byłam trochę pijana tą romantyczną, walentynkową atmosferą (bo przecież nie winem). Wszystko miało znaczenie, choć największe jednak to, że był to już czas najwyższy. Najwyższy, aby wspiąć się na palce i pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem wyszeptać w jego z zmarznięty policzek:

– Kocham Cię. Jak wariatka.

 

Tak to się robi, moi drodzy. Szybko. Bez znieczulenia. Jadąc po bandzie i ryzykując na całego.

Tak to się robi w moim wykonaniu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dla wielu kobiet wyznanie miłości to i ważna, i newralgiczna sprawa. To coś, na co się czeka, wypatrując kolejnych okazji i zastanawiając się czy aby na pewno on odwzajemnia uczucia, o których my już dawno jesteśmy przekonane. Ale same przeważnie milczymy, trochę oczekując męskiej inicjatywy, a trochę dlatego, że przecież boimy się całkowicie odsłonić. Gdzieś w naszej świadomości istnieje przekonanie, że facetowi nie można się tak po prostu podać na tacy. Że trzeba być zawsze odrobinę tajemniczą i niedostępną, aby to przede wszystkim on się starał i zabiegał. Z tych wszystkim powodów okazanie własnych uczuć, a już szczególnie w formie nacechowanych ogromnym znaczeniem słów „kocham cię” – jest uznawane za słabość.

A ja chcę Wam dziś powiedzieć coś zupełnie rewolucyjnego.

 

Kto pierwszy mówi KOCHAM? Silniejszy. 

.

Jesteś wystarczająco silna, aby powiedzieć „kocham”, jeśli jesteś pewna swego uczucia.

Jeśli chcesz tym wyznaniem kogoś obdarować, niczego mu nie narzucając.

Jeśli wiesz, że te słowa przeniosą Wasz związek na kolejny poziom, lecz nie stworzą niepotrzebnego napięcia.

Jeśli znasz swojego mężczyznę i wiesz, że choćby nawet nie podzielał Twoich uczuć, to będzie je szanował.

I przede wszystkim, jesteś wystarczająco silna, aby powiedzieć „kocham”, jeśli jesteś w stanie unieść wszystkie, absolutnie wszystkie konsekwencje. To takie ważne, żeby Twój świat nie runął w gruzach wraz z usłyszaną odpowiedzią. Owszem, kochasz. Owszem, w tym momencie odsłaniasz się i mówisz jak bardzo Ci na nim zależy, jak silnie związałaś z nim swoje nadzieje i jak bardzo jest dla Ciebie ważny. To trochę tak, jakby stanąć nago przed drugim człowiekiem. Dlatego tu trzeba mieć poczucie swojej własnej godności i wiedzieć kim się jest – ponad ofiarowaną miłością. Ponieważ odpowiedź naprawdę może być różna. Ktoś może uznać, że to za wcześnie, zmieszać się, przestraszyć. Albo zupełnie się tego nie spodziewać. Może się również zdarzyć, że niestety, obdarzyłaś miłością faceta, który ani myśli się angażować. Choć wydawało Ci się, że świata poza Tobą nie widzi. No właśnie, jest jeszcze jedna rzecz:

Jesteś wystarczająca silna, aby wyznać swoje uczucia, jeśli wiesz co zrobić z brakiem wzajemności. Potrafisz ocenić, czy warto czekać i dalej inwestować w ten związek… czy też jest to skarbonka bez dna. Może trzeba Ci było tego odrzucenia? Tej ciszy z drugiej strony, w której myśli krystalizują się w długo odwlekaną decyzję…

 

Wracam do mojej historii, bo czuję, że jestem Wam winna jakiś ciąg dalszy. Moje „kocham” spotkało się oczywiście z taką samą odpowiedzią. Ale musicie wiedzieć, że nie było to z mojej strony czyste ryzyko. Wiedziałam, przeczuwałam jakimś szóstym zmysłem, że mój M. czuje dokładnie to samo. Tylko sam jest zaskoczony, że ta miłość spadła na nas tak wcześnie. Tak więc otwierając się przed nim wiedziałam, że wyląduję w bezpiecznym miejscu i żadna krzywda mi się nie stanie.

Było odważnie, było szybko i trochę po wariacku  – ale to nie znaczy, że było łatwo. Jeśli choć trochę mnie znacie, to wiecie, że raczej skryta ze mnie istota. Może tu na blogu sprawnie posługuję się słowami, ale w prawdziwym życiu często grzęzną mi one w gardle. A co najważniejsze – mam już nieźle obity tyłek różnymi niepowodzeniami w miłości. Zdarzyło mi się mówić „kocham” i nie słyszeć tego w odpowiedzi. Porażka? No właśnie nie koniecznie. Żadne doświadczenie, nawet najtrudniejsze nie zniszczyło we mnie wiary w miłość i odwagi, aby mówić o własnych uczuciach. A przede wszystkim przekonania, że ja również na te uczucia zasługuję.

 

Dzisiejszy tekst dedykuję więc wszystkim dziewczynom, które z różnych powodów boją się tych słów. Boją się wypowiedzieć je zbyt wcześnie albo obawiają się ich nigdy nie usłyszeć. Jeżeli kochacie, macie prawo oczekiwać, że to miłość z wzajemnością. Jak również prawo odejść i poszukać jej w innym miejscu.

 

Czy jest pośród Was ktoś, kto pierwszy powiedział, że kocha? A może to Wy usłyszałyście te słowa w pięknych okolicznościach? Jestem bardzo ciekawa Waszych historii! 

.

gosia

 

.

zdjęcie

.

  • Tak jak i Ty, to ja pierwsza powiedziałam mojemu lubemu, że go kocham. Co prawda nie odbywało się to w tak romantycznych okolicznościach, ale w mojej pamięci nadal jest bardzo wyjątkowe. 🙂 Może z tym, że to silniejszy pierwszy wypowiada te słowa jest sporo racji, choć nie wiem czy mogłabym powiedzieć to z całą pewnością. A przynajmniej nie w moim przypadku, bo co jak co, ale pierwsze kroki zawsze należały do mojego lubego. Tylko tutaj to ja wykazałam się inicjatywą. A może właśnie tym zapoczątkowałam całą resztę? 🙂 Kto wie.

    • Wiesz, silniejszy jest po prostu ten, kto potrafi przełamać się, wznieść ponad swój własny strach i jednak wypowiedzieć te słowa. W takiej chwili jesteś silniejsza od samej siebie, niekoniecznie od swojego partnera.
      Dzięki za Twoją historię 🙂

  • Mój mąż powiedział, że mnie kocha po jakimś tygodniu spotykania się. Było romantycznie, późnym wieczorem w parku. Staliśmy na mostku, gdzie zazwyczaj robione są ślubne zdjęcia i patrzyliśmy w księżyc odbijający się w stawie. On stał za mną i wyszeptał mi to do ucha. Jak w filmie!
    Tylko że ja zamiast dać się ponieść chwili, odpowiedziałam: „Nie, Ty mnie nie kochasz, Ty jesteś we mnie zakochany.” Przytaknął mi oczywiście. Przyznaję, że popsułam całą romantyczną oprawę, ale teraz wspominamy to z uśmiechem. 🙂

    • A jednak to zakochanie okazało się wstępem i częścią rodzącej się miłości 🙂 Bo tak naprawdę trudno wyznaczyć granicę między jednym a drugim. Piękna historia, działa na wyobraźnię 😉

  • Mi „kocham” się wyrwało, ale byłam pierwsza, niezamierzenie co prawda, ale pierwsza. Zdałam prawo jazdy jakiś miesiąc wcześniej, niepewnie prowadziłam auto, w dodatku zgubiliśmy się poza miastem, a mój mężczyzna prowadził mnie tak, że co chwilę trafiałam na ślepą uliczkę (faceci i ich orientacja w terenie) i gdy po raz kolejny musiałam zawracać (co wtedy było dla mnie bardzo trudne) chciałam krzyknąć, że go zabiję, a krzyknęłam, że kocham. Tak jakoś wyszło, ale na szczęście wyznanie było odwzajemnione.

    Czy tylko ja mam wrażenie, że walentynkami bardziej przejmują się single? To pozytywne święto i nie przeszkadza mi, ale jakoś tak też jest mi obojętne.

    • Wow, czegoś takiego jeszcze nie słyszałam 😉
      A odpowiadając na Twoje pytanie, wydaje mi się, że ludzie w związkach podchodzą do tego dnia bardzo naturalnie. A single czują potrzebę, żeby się jakoś ustosunkować, więc często krzyczą że to komercyjne święto, które w ogóle ich nie obchodzi.

  • Ja powiedziałam pierwsza! Pamiętam ten dzień jak dziś, tak się denerwowałam, układałam w głowie słowa, miałam całe spocone dłonie i myślałam, że zejdę na zawał w trakcie mówienia… Ach. Wspaniałe wspomnienie! 😀

  • Pięknie to opisałaś 😉 Oczami wyobraźni widziałam Waszą kolację i całą tę scenerię 😉 ah… rozmarzyłam się. Podobnie jak TY uważam, że nie ma w tym nic złego, aby to kobieta pierwsza wypowiedziała te słowa…czasem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce… chociaż jak sięgnąć wstecz – ja chyba zawsze pierwsza słyszałam to od mężczyzn, co też nie zawsze mnie cieszyło, że tak wcześnie wypowiadane są tak ważne słowa.

  • Cudnie się czyta Twoje opowieści Gosiu. Tyle tu uczucia, że… wow. A ponieważ poznałam Marcina, wyobrażałam sobie Wasze reakcje 😉 Tak sobie przypominam, że to „kluczowe” wyznanie miłosne usłyszałam pierwsza, za to również w nieziemskich okolicznościach, bo w czasie pierwszej wspólnej podróży do Włoch, i to jeszcze na rozgwieżdżonej plaży pod Wenecją. Tak, właśnie. Z całych sił wyrywało mi się serce, by odpowiedzieć to samo, ale… Cała ta wyjątkowość miejsca i czasu spowodowały, że chciałam to powiedzieć najzupełniej świadomie, bez całej tej romantycznej otoczki, bo mówiąc kocham, deklaruję swoją miłość, ale i podejmuję decyzję, że chcę kochać pomimo wszystko. Zatem z takim nastawieniem, musiałam to przetrawić i na „rewanż” wybrałam całkiem pospolity moment po pewnym czasie po powrocie, w zupełnie zwyczajnych okolicznościach, dla niego niespodziewanie, a dla mnie otrzeźwiająco :))
    Taka moja historia, wiąże się z wieloma czynnikami z przeszłości. Ale nam obydwojgu akurat taki jej przebieg wyszedł na bardzo dobre.

    • A więc tak to rozegrałaś 😉 Wyobrażam sobie wenecką plażę pod gwiazdami i myślę, co niezły romantyk z Twojego męża 😉

  • Michalina

    też pierwsza powiedziałam mojemu M że się w nim zakochałam. To było po jakiś kilkunastu dniach naszej znajomości. U nas w ogóle wszystko potoczyło się błyskawicznie i absolutnie nie żałuję 🙂

  • Mnie się kiedyś dawno temu zdarzyło powiedzieć te słowa i dostać natychmiastowego kopa w dupę. Ale w sumie nie mówiłam tego po to, żeby usłyszeć, tylko żeby powiedzieć. I to było mimo wszystko fajne uczucie. Bo rzeczywiście lepiej wziąć na klatę brutalne fakty, niż żyć w jakiejś słodkiej iluzji. W ogóle jak mnie najdzie odwaga, to lubię okazywać ludziom pozytywne uczucia nawet kiedy nie spodziewam się, że mi się jakkolwiek odwdzięczą. Przyjemne to jest po prostu 🙂 Ludzie powinni sobie częściej mówić miłe rzeczy nie oczekując wzajemności.

    Ale tak na marginesie, to możesz mi nie wierzyć, ale ja naprawdę nonszalancko podchodzę do walentynek:) Najbardziej się podniecałam tym dniem, kiedy byłam sama lub z kimś się spotykałam, w sensie nie mieszkaliśmy razem. A tak jak teraz to w sumie po prostu kolejny miły dzień w dobrym towarzystwie. Bardziej przeżywam nasze plany na przyszły tydzień. Takie życie 😉

    • Dotee, u Ciebie znów wyższy stopień wtajemniczenia 🙂
      Życzę więc, żebyście spędzili ten dzień przyjemnie i wyjątkowo, a co do planów – powodzenia!

  • ewka mewka

    Wybacz ale w przedsmaku tego wpisu na facebooku pisałaś że osoby samotne też powinny go przeczytać. Niestety ale nie pokerzepia on serc bez pary, wręcz przeciwnie. Pozdrawiam, bardzo lubie i cenie sobie Twojego bloga. Musiałam na to szczerze zareagować.

  • Cudowny tekst! Kolejny raz przywołałaś moje cudne wspomnienia:) Ja rownież pierwsza powiedziałam te piękne słowa, ja rownież miałam przeczucie, że miłość jest odwzajemniona, ze jest miedzy Nami uczucie które potrwa do końca mych dni… Gratuluję miłości i nawet nie wiesz jak się cieszę, ze możemy razem doświadczać tego szczęścia.

  • nigdy nei mowilam kocham jako pierwsza. nawet kiedy czulam tak od dawna. ja wgl rzadko mowie kocham

  • Ja jestem bardzo oszczędna jeżeli chodzi o słowa „kocham cię”. W ogóle chyba mój mąż jako pierwszy ode mnie to usłyszał, chociaż wcześniej byłam w innych związkach. To w sumie on powiedział pierwszy, bo ja jestem z tej „starej” szkoły podrywu, tzn. uważa, że to facet powinien starać się o kobietę, to facet jest zdobywcą 😉

  • Moje „kocham” wisiało w powietrzu przez ponad rok. Było całkiem inaczej niż u Ciebie… Powoli. Pierwszy pocałunek: po pół roku, moje nieodwzajemnione „kocham” po ponad roku 🙂 Na odwzajemnienie czekam już czwarty rok, czekam bo uważam że warto, i niektórzy wyznają uczucie (którego nie rozumieją) po prostu przez czyny. Ja uważam że miłość wyznaje się przez decyzję. Decyzja że chcę być z kimś już zawsze to jest miłość. Tak więc czekam na decyzję piąty rok i mam nadzieję że ta miłość w końcu nadejdzie

  • Ja powiedziałam mojemu chłopakowi w dzień, kiedy zaczęliśmy być razem. Siedziałam na kanapie, a on stał przy oknie i palił papierosa (taaa, mało romantyczne 😉 ). Ale nie zapomnę, jak się na mnie wtedy spojrzał 🙂 To było dla mnie coś naturalnego. Co dla mnie jest piękne- mówimy sobie to codziennie. Od trzech lat 🙂