powiedz mi coś nowego, życie

powiedz mi coś nowego, życie

 

Teraz, kiedy całe świąteczno-noworoczne zamieszanie ma się ku końcowi, mogę się Wam przyznać, że nie lubię tych Świąt. Przez cały grudzień z utęsknieniem czekam na pierwsze dni stycznia. Dopiero teraz zaczyna się mój ulubiony czas. Jeśli w ogóle za coś lubię zimę, to za taki jej obraz jak na zdjęciu powyżej. U mnie co prawda prawie nie ma już śniegu, ale pierwsze dni Nowego Roku wyglądały właśnie w ten sposób. I z tym mi się niezmiennie kojarzą, z mroźnym świtem, przefiltrowanym przez krystaliczne powietrze. Ze świeżym, nietkniętym jeszcze ludzką stopą śniegiem. Może to dlatego, że bardzo lubię początki. A początek Nowego Roku jest jak biała niezapisana kartka, podobna do tego śniegu właśnie. I jest spokojem który przychodzi po świątecznym i sylwestrowym okresie, pełnym jednak pełen pewnego zamętu. Powiedz mi więc coś nowego, życie, słucham cię w tej noworocznej ciszy. Przynieś mi coś, czego jeszcze nie znam i namieszaj mi w głowie!

 

Czy wiesz, mój Czytelniku dlaczego niemal każdemu człowiekowi tak trudno przychodzi powiedzieć „myliłem się”? Ponieważ zazwyczaj oznacza to zburzenie misternie budowanej świątyni pod wezwaniem Św. Ja. Budujemy samych siebie z opinii i przekonań. Tkamy każdego dnia materię zwaną „własną osobowością”, przywiązując się niezmiernie do jej koloru i faktury. A każde pęknięcie odbieramy jako cios i zamach na nasze wnętrze.
Ja też coś sobie utkałam w ciągu ostatniego roku. Coś bardzo wygodnego i ciepłego, jak nagrzana śpiącym ciałem kołdra o poranku, spod której tak trudno wysunąć stopę, by postawić ją zimnej posadzce.
A jednak świąteczno-noworoczny czas pokazał mi, że trzeba wstać spod tej kołdry i iść dalej. Że należy zburzyć parę ścian, aby w ich miejsce postawić nowe. Na szczęście mogę powiedzieć „myliłam się” bez żadnych dramatycznych konsekwencji i nadal pozostać sobą. To kwestia solidnych fundamentów. Wiary w siebie i sprzyjający Wszechświat, która nigdy mnie nie opuszcza. Dlatego burzenie pewnych przekonań jest też burzeniem ograniczeń. I otwieraniem się na to, co nowego chce mi powiedzieć życie.

 

Myślę o tym noworocznym okresie, o czasie gorączkowych podsumowań i postanowień. Mi upłynął pod znakiem wyjazdów, wielu inspirujących spotkań i… anginy, która sponiewierała mnie okrutnie, zapakowała pod koc i z którą ostatecznie wygrałam dopiero przy pomocy antybiotyków. Jak dla mnie, zaskakująca sytuacja. Ale musiałam widocznie doświadczyć bezsilności i własnych ograniczeń. Zazwyczaj lubię myśleć, że jestem choroboodporna.
Myślę o tym, że nieprzypadkowo przełom końca i początku roku jest dla wielu z nas również życiowym przełomem. Mamy w sobie jakąś naturalną potrzebę dzielenia życia na etapy. Zaczynania od nowa. Podsumowywania i zbierania sił do nowych wyzwań. I to jest bardzo dobre… ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś nam w tym wszystkim umyka.

 

A gdyby tak u progu Nowego Roku zastawić się nad tym, z czego już wyrosłem? Co stało się nieaktualne i co mogę spokojnie zostawić za sobą? Zazwyczaj rzucamy się ochoczo na nowe postanowienia i chcemy za wszelką cenę coś w sobie poprawić. Dodać coś do tego, kim już jesteśmy. I to również jest bardzo dobre. Ale rozwój, mój Czytelniku, to również pozbywanie się martwych już myśli i przekonań. Nieustanny wysiłek odkłamywania rzeczywistości, którą sobie tworzę. Bo jeżeli tworzę, to na pewno też popełniam błędy i kładę cegły w niewłaściwych miejscach. Niektóre z nich pełnią w prawdzie swoją funkcję przez pewien czas. A potem trzeba je odnaleźć i wymienić na nowe. Uwierz mi, trefne cegły hamują wznoszenie Twojego pałacu. Warto więc czasem przystanąć i dobrze się porozglądać. Aby zweryfikować to, co wydaje się pewniakiem, a w rzeczywistości jest przeszkodą na drodze rozwoju.

 

Mojej biologicznej duszy przychodzą tu na myśl motyle. Bardzo je lubię, są jak anioły w świecie owadów. Ale żeby móc w pełni rozwinąć swe piękne skrzydła, muszą przejść wiele skomplikowanych stadiów przemian. Potencjał motyla tkwi w niepozornej gąsienicy, którą mało kto się zachwyca. Ale ona uparcie realizuje zakodowany w genach program rozwoju, zrzucając kolejne wylinki i rosnąc. Nie posiada mocy zatrzymania się na którymś etapie wzrostu i stwierdzenia: dziękuję ci, życie. Tyle mi wystarczy, odpowiada mi bycie włochatym stworzeniem, wcinającym całymi dniami zielone liście drzew. Kolejnym etapem jej rozwoju jest zamknięcie się w szczelnym pancerzu poczwarki i niemal całkowite rozpuszczenie swych tkanek. A ostatecznym przeznaczeniem: przekształcenie się w barwnego motyla i rozwinięcie skrzydeł.
Motyl nie wie jak dużo musiał zostawić i stracić na drodze swej przemiany, aby stać się tym, czym jest. Człowiek ma tę przewagę, ale też i słabość, że może uparcie tkwić w swoim pancerzu. W znanym i bezpiecznym sposobie myślenia. Może ten rok, który minął był dla Ciebie jakąś wylinką? Może następny będzie wymagał od Ciebie rozpuszczenia struktur, które w tej chwili tworzą Twoje życie? Możliwe z resztą, że to wcale nie odbywa się w rytmie noworocznych przemian. Ani też nie jest tak gwałtowne i drastyczne, jak w świecie owadów. Ale jedno jest pewne, podlegamy temu samemu procesowi wyrastania ze skostniałych pancerzy. Nie ma więc sensu uparcie ciągnąć ich za sobą.

 

motyl stadia rozwoju

 

A jednak, momenty zrzucania pancerzy, chwile weryfikowania poglądów są tymi, w których człowiek czuje się najbardziej bezbronny. To nie jest przyjemne – nie wiedzieć na pewno. To nie jest komfortowe, zdziwić się, że życie wygląda trochę inaczej. I że Ty sam podlegasz jego prawom nie mniej niż inni ludzie, jesteś na przykład podatny na zimno i patogeny, choć zawsze święcie wierzyłeś w swoją niezniszczalność. I jesteś czasem zależny od wparcia innych ludzi dużo bardziej niż byś chciał… Tak rodzi się zwątpienie. Ale rodzi się zawsze po to, aby na miejscu starych przekonań zakwitły nowe i lepsze.

Często, gdy myślę o porzucaniu starych poglądów, przypomina mi się fragment książki, którą czytałam lata temu. Mniej więcej w tamtym okresie zaczęłam wynotowywać sobie cenne myśli. Dziś bardzo się z tego cieszę, bo takie oto słowa udało mi się ocalić od zapomnienia:

 

Potem rozmawialiśmy o zwątpieniu, tej trampolinie, na którą warto się wspiąć, aby rozejrzeć się dookoła siebie, spojrzeć na ten świat, który wydaje się ogarnialnym kłębowiskiem pewników, i zadać sobie cios, ostrym nożem, w samo serce wiary. Po co? Po to, by nie brnąć ślepo, nie milczeć jak zwierzę przed zarzynaniem, nie wykonywać tysięcy mechanicznie zaprogramowanych przez innych ludzi czynności, nie nazywać świata ich językiem, nie myśleć, ze ów świat jest taki, a nie inny, choć być może wcale takim nie jest.
Artur Cieślar „Czarny kot nocą”

 

Zostawiam Cię ze słowami tego cytatu, mój czytelniku. Może Ty też musisz wbić nóż w serce przestarzałych myśli i przekonań. Może musisz coś zakończyć, aby zrobić miejsce na coś nowego. Wziąć do ręki czystą kartkę i zapisać ją zupełnie nowymi słowami.
Ja patrzę na ten Nowy Rok z dużą ciekawością. Bo skoro pewne moje pomysły wyblakły i straciły rację bytu, to z całą pewnością pojawią się nowe. Przyroda nie znosi pustki.
Powiedz mi więc coś nowego, życie! Obiecuję nie zamykać się na twój głos. Bądź zaskakujące. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości, że będziesz dobre 🙂

 

gosia

 

zdjęcie

  • Żadna sytuacja nie zmusiła mnie jeszcze do spojrzenia na swój obraz świata z jakiegoś innego punktu tak łubudu w jednym momencie. Albo mnie tam jeszcze nie było, albo jestem co jakiś czas, by weryfikować mały fragment swoich sądów.
    Co do różnych osobistych oczywistości skojarzyły mi się takie rozmowy z Mężem. W kuchni instruuje mnie na przykład:
    – To SIĘ najpierw obiera! – autorytarnie.
    A ja dziś już ze spokojem w takich sytuacjach:
    – Zacznij od: „Moja babcia” (najpierw obiera).

    Nie ma żadnego ogólnoświatowego, jedynego słusznego „SIĘ”. I chyba dlatego jest co badać, czego szukać w życiu.

    • Trudno byłoby założyć, że jest nawet obiektywne dla większości „się”, skoro każdy ma inną osobowość, charakter, doświadczenia…

      • Zawsze mnie irytowały stwierdzenia że SIĘ powinno, SIĘ robi… Nie i jeszcze raz nie.

        • Kiedyś miałam pomysł na tekst o słówku „się”. Może do niego wrócę 🙂

    • U mnie też nie ma łubudu 🙂 To jedna z tych mniejszych weryfikacji, tylko po prostu wypadła w takim momencie roku, że natchnęło mnie refleksyjnie.
      Nie lubię „się” i nie lubię uogólnień.

  • U mnie ten okres przemian zaczął się już jakiś czas temu, teraz zastanawiam się jak mu ulec i nie ulec temu co było. Myślałam nawet, że pewną ścianę mogę zburzyć. Nie mam jednak odwagi. Nie staram się aby do głosu doszło to co mnie z kimś poróżniło, teraz jednak bronie jak lwica młodych swoich pasji. To właśnie kiedyś ta osoba mi odebrała więc czas jak napisałaś na wymianę cegieł, mur nie spadnie. Nie dam sobie tym razem nic odebrać. Może się okazać, że motyla jeszcze długo przez to ze mnie nie będzie, ale nie pozwolę znowu siebie unicestwić. Oczywiście, stępiam swój temperament, ale nie umiem mimo wszystko kiedy ktoś wykaże choć odrobinę prawdopodobieństwa zabrania mi tego na co teraz stawiam. .

    • Do etapu motyla prowadzi wiele wylinek. Może Twoje stanowcze decyzje są własnie takimi etapami. Nic na siłę, małe kroki też prowadzą do celu.

  • U mnie połowa 2014 roku była taką jedną wielką burzą zmian… na lepsze, choćby na początku wydawało się, że jest inaczej. To co jest teraz to po części cieszenie się z tego co się zmieniło, a po części-pójście dalej.
    Boję się coś zburzyć, nawet pisałam o tym u siebie na blogu- to tak jak w Jendze: boję się wyjąć ten jeden drewniany element w obawie, że cała konstrukcja runie… za to chcę, próbuję dbać o to, co wydaje się – niezbyt-warte-by-o-to-dbać…
    To, co napisałaś o chorowaniu- też się ostatnio przekonałam o tym samym. Zawsze mi się wydawało, że ja taka odporna, że nie choruję… a później jakiś wirus a’la grypa żołądkowa w 2gi dzień świąt mnie powalił, a tuż po nowym roku- gardło, przeziębienie… Za każdym razem stało się dla mnie to taką lekcją: OK, mogę być samodzielna, silna, ale do czasu. Nie da się z 39 stopni gorączki być dalej Zosią Samosią i siłą rzeczy trzeba pozwolić dać się sobą zaopiekować… i może całe szczęście, że zdarzają się takie sytuacje. Bo inaczej byśmy zapomniały, że wcale nie jesteśmy takie niezniszczalne i samowystarczalne.
    Uściski,

    M.

    • Wiesz, jeśli fundamenty są dobre, to nie ma co przy nich majstrować 🙂
      Mnie też powaliło w drugi dzień Świąt i trzymało aż do sylwestra. Zgadza się, takie sytuacje uczą pokory. Nie jesteśmy niezniszczalne, czasem po prostu coś o tym gwałtownie przypomina.
      Ściskam również 🙂

      • Właśnie zastanawiam się nad tymi fundamentami i hmmm… mam wątpliwości.
        W każdym razie nie chcę wszystkiego zburzyć nieostrożnym ruchem.
        Dla mnie to stale temat, który jest trudny: zdanie się na innych czasem, przyjęcie czyjejś opieki, pomocy. Może dlatego, że pod wieloma względami musiałam i muszę być samodzielna (a jeśli o to chodzi pewnie mamy wiele wspólnego), że kiedy nie muszę i mogłabym po prostu pozwolić się sobą zaopiekować… nie umiem. No chyba, że nie mam wyjścia- więc jednak chorowanie ma swoje plusy?

        • Spójrz na to z innej strony. Umiejętność przyjmowania pomocy jest również fundamentem 🙂

          • W sumie to masz rację 🙂 Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób.
            Jak tak na to wszystko patrzę to czasem mam wrażenie, że czasem moje życie polega najpierw na uczeniu się jednej umiejętności a później na trochę takim „oduczaniu się” jej i uczeniu się czegoś przeciwnego, a później znajdowaniu złotego środka, równowagi między przeciwieństwami, tak jak tutaj: nauka samodzielności i nauka przyjmowania pomocy. Bez tego ciężko…

          • Ja też tak mam 🙂 Może o to właśnie chodzi w odnajdowaniu „złotego środka” i dlatego jest on złoty. Może człowiek musi najpierw doświadczyć obu skrajności, żeby nauczyć się i docenić to, co jest w centrum.

          • Żeby (pozostając w tematyce złota): najpierw człowiek przekonuje się że „nie wszystko złoto co się świeci? 🙂
            Tak mnie to zainspirowało, że powstaje właśnie tekst o tym – na bloga.

  • Ależ pięknie wplotłaś cykl rozwojowy motyla w motyw rozterek życiowych człowieka! Ciągnięcie pancerzy to raz, a dwa – cofanie się jak krab, w sumie to też stawonóg. Takie postawy, uparte trwanie przy czymś bezsensownym, prędzej czy później zawsze przynoszą rozgoryczenie, smutek, żal, wynikający ze świadomości złych wyborów – po fakcie. Iluż sentymentom ulegamy niepotrzebnie. Należałoby postępować jak rekin, tudzież jak pająk – one już jako nimfy myślą tylko o jedzeniu – do człowieka można by to odnieść jako orientację na nowe cele, podążanie do przodu i zdecydowanie w podejmowaniu decyzji. To jest świetny tekst, jednocześnie bardzo trudny. Muszę go jeszcze przeanalizować z dziesięć razy.

    • Gorzej, jeśli nie ma się świadomości tych złych wyborów.
      Zwierzęta mają łatwiej, rzadko dokonują złych wyborów, a jeśli już, płacą za to życiem. Człowiek ma tę święta i przeklętą władzą mad instynktami, przez którą czasem sam robi sobie krzywdę.

      • A nie uważasz, że świadomość ta, prędzej czy później jednak przychodzi?

        • Przychodzi. Ale nie każdy wita ją z otwartymi ramionami.

        • Niestety nie każdemu… sa takie osoby, które jak żyją w swym uporze, tak w nim umierają… no chyba, że boją się stracić twarz i przyznać, nawet tuż przed śmiercią, że robili źle.

  • Gosiu, Ty to jak coś napiszesz, to… to ja czuję, jak moje zleżałe i zaspane emocje podrywają się mocno w górę, a potem opadają, układając całkiem nową mozaikę i rozglądają się tak, z szeroko otwartymi oczyma, próbując zrozumieć, co się przed chwilą z nimi stało…

    Pomyślałam, że może dlatego tak rzadko zastanawiamy się nad tym, co zostawić za sobą, bo myślimy, że to się samo zrobi. Samo się zapomni, samo się odetnie… A może nie pozwala nam na to nasza tendencja do chomikowania i kolekcjonowania pamiątek? A może czasem boimy się podświadomie utracić coś na 100%? Ludzie podłamani życiem często siedzą myślami w przeszłości, próbując ją zmienić, zamiast iść do przodu…

    No i jak zwykle po przeczytaniu Twojego tekstu moje luźne skojarzenia poprowadziły mnie w kierunku pomysłów na dwa nowe posty, ale tym razem nie popełnię tego błędu i nie zostawię spisania ich na później! 🙂

    • Ale ładnie to napisałaś 🙂
      O tak, zdecydowanie boimy się zostawiać pewne rzeczy za sobą. To wymaga pewnego wysiłku, decyzji i nieraz oderwania się od tego, co znane. Bo to, co znane jest przecież najbezpieczniejsze. Nawet znane problemy i porażki.
      Pisz na gorąco, bo ostygną 😉

      • Łapię emocje, póki jeszcze są w górze 🙂

  • Motyle w styczniu?! Poproszę tuzin! Albo dwa 😀

  • Ania

    „mroźny świt, przefiltrowany przez krystaliczne powietrze”… Tak można podsumować moją miłość do zimy. Szukałam tych słów latami, a Ty mi je przyniosłaś. Dziękuję!

    • Tylko to w zimie kocham. Proszę 🙂

  • Ana

    Też z niecierpliwością czekam na nowe! Bo, mam wrażenie, czasami im bardziej próbujemy zrzucić pancerz, tym bardziej się w nim chowamy. Więc dość tego! 🙂