Prawo do wątpliwości

prawo do wątpliwości

 

Ci z Was, którzy czytają mnie dłużej, wiedzą, że pół roku temu przeszłam zabieg usunięcia ciąży. Pisałam o tym w tekście szeptem o poronieniu. Pamiętam, że był to zimny, jesienny poranek, pamiętam stary szpital z czerwonej cegły, w którym znalazłam się po raz pierwszy w życiu. Pamiętam zaciszny pokój zabiegowy, położony gdzieś z dala od płaczu noworodków i przemierzających korytarze ciężarnych kobiet. Pamiętam dobrze specyficzną, szpitalną ciszę i spokój. Nawet pielęgniarka, która rozmawiała z kimś przez telefon w mojej sprawie, ściszyła głos mówiąc „ta pani z poronieniem”. Spojrzenia innych pacjentek, które poczułam wtedy na sobie, również były dyskretne i ukradkowe, pełne kobiecej solidarności i chwilowego smutku. Bo każda miała przecież jakiś własny. To, co wtedy czułam również dobrze zapadło mi w pamięć. Był to przede wszystkim strach przed całkowitą narkozą i pozwoleniem na ingerencję we własne ciało. I jednocześnie pragnienie, żeby stało się to jak najszybciej, gdy okazało się że jestem ostatnia wśród czekających na podobne zabiegi kobiet. Była również ogromna ulga, kiedy obudziłam się już po wszystkim. Ulga, ponieważ nie nosiłam już w sobie martwego dziecka, skończył się dziwny stan zawieszenia pomiędzy byciem a nie byciem w ciąży. Ulga, dlatego że wszystko odbyło się szybko, bezboleśnie i bez żadnych komplikacji. Czułam również wdzięczność za ten szpitalny spokój, za to że jestem bezpieczna i ten prosty w gruncie rzeczy zabieg po prostu mi się należy. Za to, że zajęto się mną w najlepszy możliwy sposób.

 

Zabieg usunięcia ciąży wygląda tak samo, niezależnie do tego czy jest ona żywa, czy martwa. Dlatego teraz, gdy temat aborcji odżył i znów jest na ustach wszystkich, nie mogę opędzić się od wspomnień. Jakaś część mnie powraca do tamtej szpitalnej sali i doskonale rozumie ten dramat. Ale jednocześnie mam świadomość, że doświadczyłam tylko niewielkiej jego części. Więc rodzi się we mnie pokora wobec sytuacji, w której musiałabym zadecydować o losie własnego dziecka. Bo w moim przypadku zadecydowała natura. Było to bolesne i szokujące, ale stało się gdzieś poza moim udziałem i jedyne co mogłam zrobić, to umówić się na konieczny zabieg.
A wśród wielu myśli, które chodziły mi wtedy po głowie, pojawiła się i taka, że może tak jest lepiej. Może właśnie w moim przypadku natura okazała się na tyle mądra i skuteczna, żeby nie pozwolić przyjść na świat dziecku niezdolnemu do samodzielnego życia. Również dziś nie wstydzę się takich myśli i nie twierdzę że chciałabym poświęcić się wychowywaniu chorego dziecka, które wymaga nieustannej opieki. To przerażająca perspektywa. Możliwe że zebrałabym wszystkie siły i podjęła się tego wyzwania, gdyby życie postawiło mnie przed taką koniecznością. Ale póki nie stawia, mam prawo tego nie chcieć i się tego bać. I nie wiedzieć, jaką podjęłabym decyzję.

 

Widzicie, tak wiele we mnie wątpliwości, gdy myślę o prawie do aborcji. Dlatego ze zdumieniem słucham wypowiedzi tych, którzy wiedzą na pewno, co jest słuszne i nie dopuszczają do siebie żadnych innych argumentów. Czytam komentarze z obydwu stron barykady i coraz dalej mi do utożsamienia się z którąkolwiek z nich. Sercem jestem ze kobietami, które walczą o prawo do wyboru. Ale razi mnie ich agresja i zachowania, które zaczynają przypominać histerię. Wymachiwanie wieszakami, serio? Ten gest wydaje się obliczony tylko na wywołanie szoku, tak jakby kobietom zupełnie brakowało rzeczowych argumentów w walce o słuszną sprawę. Które przecież istnieją. Hejtowanie episkopatu? A ja myślę, że wobec kobiet w ciąży wszyscy jesteśmy jak księża, których opluwamy – wszyscy mamy takie samo prawo decydowania o losie „macic” i dzieci, które nie są nasze. Ale też wszyscy mamy prawo do swoich przekonań i wartości.
I z drugiej strony – we mnie również pojawia się bunt i niezgoda na to, że katoliccy hierarchowie chcą przeforsować prawo zgodne z ich własnymi wartościami, ale nie z życiem, nie z realiami i nie z przekonaniami kobiet, których ono dotknie. Mam wrażenie, że księża, ale nie tylko oni, po prostu jarają się wizją „katolickiej Polski”, a wprowadzenie zakazu aborcji jest dla nich kolejnym konsekwentnym krokiem w tym kierunku. Wraz z pomyślnym politycznie wiatrem, ale wbrew ludziom, którzy po prostu takiej Polski nie chcą.

 

Zawsze gdy temat aborcji powraca do publicznej dyskusji mam wrażenie, że poruszamy tylko sam środek dużo większego problemu. I dlatego, że nie patrzymy szerzej, ślepo drepczemy w jednym miejscu. Zawsze myślę wtedy o powodach, dla których kobiety zachodzą w niechciane ciąże, a potem je usuwają. I że tak bardzo warto byłoby działać już na podstawowych poziomach: edukacji seksualnej, wiedzy o antykoncepcji i przede wszystkim uświadamiać kobiety, że nie muszą szafować swoim ciałem w zamian za miłość i akceptację. To taka moja mała obsesja i cegiełka, którą dokładam prowadząc tego bloga. Mam nadzieję. A na drugim biegunie jest słabość naszego państwa w zapewnieniu koniecznej pomocy dzieciom, które rzeczywiście rodzą się chore, wymagają nieustannej opieki i drogich lekarstw. A gdzie w tym wszystkim wsparcie dla nieletnich i samotnych matek? Gdzie sprawny system adopcyjny dla dzieci, które mogłyby się urodzić, gdyby czekała na nie kochająca rodzina? O tym wszystkim prawie się nie mówi. Nikt o te potrzebne i praktyczne rzeczy nie walczy, a na pewno nie na ulicy z wieszakiem w ręku. A przecież żadna kobieta, decydująca się na aborcję nie żyje w próżni. One żyją gdzieś obok nas. Być może bez żadnego dobrego słowa i zapewnienia, że urodzenie dziecka jest realną możliwością, że znajdą się ludzie i środki, które im w tym pomogą. A w niektórych okolicznościach – że to nie hańba ani wstyd.

 

Wracając do moich doświadczeń. Wiem że w obliczu ciążowych dramatów nie ma czasu ani też siły na walkę z systemem opieki zdrowotnej. Dlatego chciałabym, żeby każda kobieta, która z ważnych powodów nie chce urodzić dziecka, mogła liczyć na dyskretną i fachową pomoc. Może nie na aprobatę, nie na zrozumienie, ale na szacunek dla swojej decyzji. Chciałabym, żeby była niezależna od  ludzi, którzy nie rozumieją jej dramatycznej sytuacji. Jej przerażenia, bólu i strachu o dalszy los. Którzy ani jej nie pomogą, ani nie poniosą konsekwencji jej wyboru.

Tak, chyba jest we mnie więcej troski  o kobiety niż o poczęte dzieci. Tak po ludzku są mi bliższe. Chociaż daję sobie prawo do wątpliwości i nie śmiem autorytarnie decydować, czyje życie jest ważniejsze.

 

gosia

 

.

zdjęcie

.

 

  • Ja również uważam, że temat aborcji to bardzo delikatna materia, ja sama nie czuję się na siłach, żeby wypowiadać się kompetentnie w tym temacie, za wiele byłoby we mnie emocji, ale – niestety, dochodzę do wniosku, że czasem w naszym kraju nie da się inaczej o pewnych rzeczach mówić, jak tylko krzycząc głośno. Ten gest jest pewnie obliczony na wywołanie szoku, ale zauważ, Gosiu, że w Polsce doszło do sytuacji, że pewnych argumentów w ogóle się nie słucha, nie bierze pod uwagę, bo jest jedna słuszna droga, którą wszyscy mamy stąpać, bez względu na sytuację i okoliczności, i do której nas się niejako próbuje zmusić, stąd może szok jest potrzebny i stąd może ta histeria.

    Bardzo mi przykro, że musiałaś przez to wszystko przejść. A z drugiej strony to bardzo dobrze, że potrafisz sobie to wszystko jakoś wytłumaczyć, próbować zracjonalizować. Wiem, że to nie zmniejsza bólu, ale przynajmniej możesz iść do przodu. Ściskam!:-*

    • Mam nadzieję, że skoro już rozpętała się tak gorąca dyskusja, to rzeczywiście przyniesie pozytywny efekt. Że władza się opamięta i porzuci pomysł zmiany ustawy.
      Dziękuję za ciepłe słowa 🙂 Z każdego doświadczenia można wyciągnąć coś dobrego, po to one są. Uściski!

      • A ja uważam, że ustawa powinna być zmieniona, na pewno w kwestii chorób genetycznych. Nie może być tak, że dziecku, które przeżywa tzw. „nieudaną aborcję” się NIE pomaga, bo to nie człowiek i personel patrzy na jego śmierć (czasem bolesną i… powolną), a w innym przypadku dziecko w tym samym wieku płodowym ratuje pół szpitalnego personelu, bo urodziło się przedwcześnie (ale ktoś zadecydował, że ono żyć powinno).
        Jeśli o dziecku w macicy decyduje matka, to kto decyduje o dziecku poza macicą, które chce żyć?
        W Afryce jest pewna fundacja założona przez Polkę (nota bene, dziewczyna ma 21-22 lata), która ratuje zabortowane dzieci ze śmietnisk, ŻYWE. Trzynaście z nich udało się odratować i dziś żyją pod opieką fundacji.

  • I we mnie jest sporo troski o kobiety. Bardzo dobrze je rozumiem. Tak dobrze, że nie zgadzam się z wolnością decydowania o życiu dziecka – chorego. W tym przypadku jest tak wiele wątpliwości, że ja z kolei nie wątpię, że lekarze potrafią naciągnąć przepisy, by podpiąć zabieg. Dziecko z zespołem Downa kwalifikuje się do nieprzeżycia – dlaczego? Bo to choroba genetyczna. A że spokojnie radzi sobie w życiu, to inna sprawa. Potrzebuje opieki, pomocy – ale chyba zapominamy, że kobieta urodzi, ale NIE MUSI wychowywać takiego dziecka. Mamy „okna życia”, mamy domy dziecka. Jakim prawem oceniać, czy dom dziecka będzie lepszy czy gorszy od braku jakiegokolwiek życia? Tyle w kwestii chorób.

    Natomiast wybór być powinien, jeśli chodzi o zagrożenie życia matki – nie może być tak, że idzie „życie za życie”. Zwłaszcza, gdy ma się już rodzinę, męża, dzieci – wybór tylko po stronie matki, rodziców. Ale przy pełnym wsparciu lekarskim, a nie straszeniem, wyzywaniem od nieodpowiedzialnych, czy wręcz przeciwnie, straszeniu piekłem. To jest tak dramatyczna dezycja, że NIKT nie może podjąć jej za nas.

    Wracając do chorób genetycznych.
    Jestem czwartym dzieckiem swoich rodziców. W pierwszych miesiącach ciąży lekarze wzięli mnie za GUZ na macicy (!!!). W połowie ciąży orzekli, że mam DWIE GŁOWY. W każdym z tych przypadków proponowali aborcję. Gdy mama się nie zgodziła – jeden z nich wyzwał ją od najgorszych, że „kto te dzieci pani wykarmi” – wsparcie, że hej! 🙂
    Najlepsza przyjaciółka (dwójka dzieci, pozostałe zabortowane), już przy trzecim namawiała mamę na usunięcie ciąży, wyobraź sobie, co było przy mnie.

    Mam jeszcze dwóch młodszych braci. I dzisiaj wsparcie, jakiego mało kto (dziś niestety) doświadcza.

    • Aniu, przede wszystkim cieszę się, że przyszłaś na świat i masz jedną głowę (ale za to śliczną i mądrą ;).
      Wiem, zdarzają się niekompetentni lekarze, są też tacy którzy po prostu idą na łatwiznę i proponują zabieg jako najwygodniejsze (również dla nich) rozwiązanie. Ale myślę, że możemy mówić o nich jako o wyjątkach, nie normie. Bo z drugiej strony w mamy w Polsce bardzo dobrych specjalistów, którzy podejmują się leczenia bardzo złożonych wad w fazie prenatalnej. O ile oczywiście jest to możliwe. Metody diagnostyczne również poszły bardzo do przodu. Gdy my się rodziłyśmy, badania USG były rzadkością a ich wynik często niejednoznaczny. Dziś już nikt nie wymyśli, że dziecko ma dwie głowy, bo wszystko bardzo dobrze widać na monitorze. W moim przypadku USG było robione trzy razy, w odstępach czasu, żeby z całą pewnością stwierdzić że serce nie bije. Nikt nie chciał usuwać żywego dziecka.
      Ile kobiet, tyle różnych doświadczeń. I masz rację, to są nasze dramatyczne decyzje, więc mamy prawo wymagać od lekarzy wsparcia, nie straszenia. Od księży również.

      • Księża nie są autorami tej ustawy. To ustawa obywatelska przygotowana przez Fundację Pro – Prawo do życia. W zeszłym roku podpisało się ok 400 tys. osób.

        • Ale obecnie to episkopat nawołuje do zaostrzenia ustawy regulującej aborcje, wywołując tym samym największe oburzenie.

          • A jak ma nie nawoływać, skoro taka jest nauka Kościoła? Przyznasz, że to dosyć logiczne, prawda? 😀

            Nikt nie ma prawa decydować o tym, czy dziecko ma przeżyć czy nie. Nawet matka, bo to nie jej życie. Dziecko nienarodzone ma prawo do najwyższej wartości, jaką jest życie. I tu nie ma żadnych odcieni szarości. Dlatego Kościół tego broni i będzie bronił. Te episkopaty, które idą na zgniłe kompromisy w takich sprawach, mają już mało wspólnego z chrześcijaństwem.

          • Ana

            Episkopat nie ma wyjścia, bo głosi naukę Kościoła opartą na dogmatach, a te są po prostu niezmienne. Ma prawo nawoływać do uchwalenia takiej a nie innej ustawy, ale nie ma prawa naciskać – i to jest ta subtelna różnica.

          • Nie ma różnicy. Każde nawoływanie zostanie dziś odebrane jako nacisk. Porównując to do sposobu „nawoływań” środowisk feministycznych i LGBT, Kościół mówi szeptem…

          • To nie jest argument. Można nie godzić się z naciskami Kościoła i jednocześnie nie chcieć żyć w świecie, w którym prawo dyktują środowiska LGTB.

          • Ana

            Ja tam subtelną różnicę widzę. Tzn. nie widzę, bo dziś żadne ze środowisk nie chce poprzestać na nawoływaniu, a przechodzi do naciskania i to dość agresywnego.

          • Episkopat ma prawo zachęcać swoich wiernych do życia zgodnego z nauką Kościoła. A co za tym idzie do poszanowania życia poczętego. Jednak nie ma prawa do wywierania wpływu na polskie prawo, które obejmuje wszystkich obywateli, również niewierzących. Polka jest państwem świeckim i mam nadzieję, że takim pozostanie.
            Ponadto gdyby Kościół miał rzeczywisty wpływ na sposób myślenia i życia swoich wiernych, nie naciskałby na zmianę prawa, gdyż nie byłoby to potrzebne.

          • Ana

            Gdyby polscy hierarchowie Kościoła mieli nieco inną naturę, mieliby rzeczywisty wpływ na sposób myślenia i życia swoich wiernych, bo nie byliby oderwani od ich problemów. I patrzyliby w stronę innego miejsca na „W” – Watykanu, nie Wiejskiej 🙂

          • Słusznie.
            Boskie! 😉

          • To, czy wierni wypełniają nauki Kościoła, jest sprawą poboczną… Nikt nie ma prawa decydować o tym, czy dziecko ma przeżyć czy nie. Zarówno wierzący, jak i niewierzący… Prawo matki kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo poczętego dziecka.

          • Prawo matki nigdy i nigdzie się nie kończy. Prawo kobiety do życia i szczęścia nie kończy się wraz z poczęciem dziecka. To jest trudna sytuacja, trzeba te dwa prawa ze sobą pogodzić. Ale nie można odebrać kobiecie wszystkich praw dlatego, że życie jej dziecka jest najważniejsze.

          • Odebrać WSZYSTKIE prawa kobiecie ? z tego, co wiem nie jesteśmy jeszcze krajem muzułmańskim.

            Prawa do zabijania dziecka nikt nigdy nie powinien mieć. Nie jest ono składową prawa do szczęścia

        • Aleksandra Muszyńska

          Może i nie są, ale jako żywo mają nader wydatny udział w debacie o zmianie przepisów, czy może: o rzekomej konieczności ich zmiany.

      • Gosiu, nie wiem, jak to jest stracić dziecko, bo nigdy tego nie przeżyłam i choćbym nawet próbowała, nie umiem sobie tego wyobrazić. Mogę się tylko domyślać, co mogłaś czuć. Wierzę w każde słowo, które piszesz na swoim blogu i cieszę się, że tak wiele rzeczy poddajesz w wątpliwość, zamiast (jak obecnie niemal cały internet) krzyczeć swoje jedyne słuszne zdanie.
        Na szczęście i wśród lekarzy, i wśród księży, mamy ludzi z prawdziwego powołania – i tylko im wierzę i przez ich pryzmat tak bardzo chciałabym patrzeć na ogół. Może jednak spotkałam więcej dobrych kapłanów niż lekarzy na swojej drodze? A może każdy znajduje to, czego szuka? 🙂 I ja muszę poszukać dobrych lekarzy, którzy (także w publicznej służbie zdrowia) chcą wspomóc i wyleczyć a nie tylko chwilowo zaleczyć.

  • Bardzo często podczas dyskusji o aborcji pojawia się obrona kobiet, które „wiedzą, że urodzą chore dziecko, które będzie cierpieć lub umrze zaraz po porodzie”. Niestety prawda jest taka, że nigdy nie wiedzą co będzie po porodzie. Doskonale obrazuje to historia Jaxona Buella, albo Nicka Vujicica. Jednak muszę przyznać, że to dość „hardcorowe” przypadki, więc przedstawię jeszcze bardziej „bliski”. Moja kuzynka jakiś czas temu dowiedziała się, że jej dziecko jest chore i w związku z tym „przysługuje jej prawo do aborcji”. Lekarze namawiali, żeby ciążę przerwała. Nie zgodziła się. Dziewczynka urodziła się zdrowa. Diagnoza była błędna…
    A nawet jeśli by nie była, kim jesteśmy, aby decydować o tym, że chorzy ludzie nie mają prawa do życia? Nie można pozwolić na eugenikę.

    • Między innymi dlatego daję sobie prawo do wątpliwości i myślę, że każda kobieta może je mieć. Dzięki za tę historię.

  • Czytałam Twój wpis wczoraj, ale nie wiedziałam za bardzo co napisać…Cały czas myślałam o Tobie, o Was i o tym, co musieliście przeżyć. Najchętniej bym Cię teraz przytuliła:* Prawo do wątpliwości jest naturalne, warto o tym pamiętać. Dziękujemy za ten tekst.

    • Justyna, dziękuję 🙂 Daliśmy radę, nie chciałam tu jakoś bardzo epatować swoim cierpieniem. Po prostu to co się teraz dzieje przywołało moje osobiste doświadczenia.

  • Ana

    Piszę komentarz. I go kasuję. Znów piszę… i znów kasuję. Ja też już nie wiem, po której stronie powinnam stanąć – bo nawet pośrodku w tym sporze wpada się w skrajność. Moim zdaniem oczywiste jest, że aktualna (wciąż jeszcze) ustawa jest idealnie osiągniętym kompromisem. Rozwiązuje największe dramaty, choć te pomniejsze wcale nie są mniej ważne. Bo aborcja nie może być w zamian za myślenie, ale też nie można odbierać wolności (pojęcie świeckie) / wolnej woli (pojęcie religijne) wyboru człowiekowi. Kościół ma prawo nauczać o świętości życia od poczęcia, ale nie ma prawa stanowić świeckiego prawa. Ma prawo wskazywać interpretację swoim wiernym, ale nie ma prawa wpływać na rządzących. To nie jest tak, że księża jarają się wizją katolickiej Polski. Nie, ci mądrzy wiedzą, że to nie tędy droga. Ci mądrzy słuchają papieża Franciszka. Ilu ich jest na najwyższym szczeblu hierarchii? Ano tylu, ilu mądrych, rozsądnych parlamentarzystów na szczytach władzy. Sami sobie na to odpowiecie.

    Feministki i zwolennicy aborcji też nie mają prawa decydować za innych. A tym bardziej ranić uczuć kobiet skrzywdzonych – mam wrażenie, że te na barykadzie z wieszaków mają za nic uczucia kobiet, którymi wycierają sobie gęby: tych, które przeżyły ogromne dramaty, które zostały zgwałcone, które stają przed wyborem: moje życie albo dziecka, które poroniły, które biją się z myślami: urodzić dziecko, może lekarz się myli, czy dokonać aborcji, bo badania wskazują poważne wady, z którymi dziecko nie ma szans żyć… To jest tak delikatny temat, a tak bezdusznie i bezmyślnie ogrywany, głównie medialnie. Episkopat zamiast kupować limuzyny dla dygnitarzy powinien pomóc matkom z problemami – wtedy problemu aborcji by nie było. Podobnie państwo – zamiast zaostrzać ustawę, pomóc. Bo to nie nakazy czy zakazy odwiodą od aborcji. A tych, które robią to ze zwykłego egoizmu i wygody, i tak żadne prawo nie zmieni. A wydaje mi się, że to właśnie o nie najbardziej chodzi ustawodawcom. Jakie to tragiczne, że tego nikt nie zauważa, a cierpieć będą najbardziej skrzywdzone kobiety. Skrzywdzone przez innych bądź przez własny organizm.

    PS: Nie powiem, że wiem, co czujesz, ale mam bliską koleżankę z pracy, która pod koniec ubiegłego roku przeżywała to, co Ty. Widziałam, co się z nią działo i widzę, że ta cała sytuacja medialno-polityczno-kościelna też nie spływa po niej jak po kaczce ze względu na tamte przeżycia. Mam ochotę ją po prostu przytulić (jak Ciebie po tym tekście!), ale nawet nie wiem jak. I myślę sobie, że jeśli ktokolwiek ma prawo opiniować ten temat, tę ustawę, to tylko takie jak Wy. A już na pewno nie żaden stary kawaler czy facet w sukience.

    PPS: Przepraszam za elaborat!

    • „Kościół ma prawo nauczać o świętości życia od poczęcia, ale nie ma prawa stanowić świeckiego prawa.” – dokładnie, nie ujęłabym tego lepiej! I masz rację, brakuje nam zarówno mądrych księży, jak i parlamentarzystów. Natomiast ci, których najgłośniej słychać, do najmądrzejszych nie należą.

      Nie przepraszaj. Tak dużo mądrych słów w Twoim komentarzu i tak bardzo się zgadzam, że nie pozostaje mi nic innego jak go wyróżnić, jako świetne uzupełnienie mojego tekstu.

      Dzięki za ciepłe słowa, przytulam również 🙂

      • Ana

        I brakuje nam – niestety! – mądrych kobiet w medialnych dyskusjach. Nie wiem, czy te mądre uciekają przed mediami, czy media specjalnie wybierają tylko takie, jak pani do programu Morozowskiego, ale gdy przeglądam blogosferę, czytam teksty, jak Twój, naprawdę nie rozumiem, dlaczego w większości w telewizji lansuje się kobiety, które po prostu szkodzą innym kobietom. Ja wiem, że „bad news is a good news” i lepiej ogląda się sensację, ale przeraża mnie ten wizerunek medialny kobiet walczących o swoje prawa.

        • Ana, w mediach w ogóle ciężko o wyważone i rozsądne wypowiedzi. Lepiej sprzedaje się kontrowersja, stąd zapraszani są „śmieszni” księża celebryci, histeryzujące kobiety i ortodoksyjni politycy. A blogosfera jest dużo bardziej różnorodna. Ale tu też najlepiej klikane są posty z kontrowersyjnym tytułem. Czasem wydaje mi się, że rozsądna dyskusja nie jest nikomu na rękę.

          • Ana

            Wiem, czym rządzą się media – w końcu ukończyłam dziennikarstwo. Wiem też, jak patrzeć na politykę, bo i politologię udało mi się skończyć. Co nie zmienia faktu, że i tak smuci mnie fakt, że nikt się nawet nie próbuje wyłamać z tej tabloidyzacji i pogoni za sensacją. Nie łudźmy się, że w blogosferze jest inaczej, ale – całe szczęście! – tu łatwiej o mądre wyjątki. I chyba mam to szczęście, że w większości umiem je wyłowić 🙂

  • Cóż mogę napisać – znam ten ból. Mając 20 lat również znalazłam się w podobnej sytuacji. Zaszłam w ciążę,która z powodu upośledzenia płodu zagrażała mojemu życiu. Wtedy nie patrząc na konsekwencję chciałam ją donosić,ale teraz z perspektywy czasu cieszę się,że miałam wybór. Że znalazł się ktoś kto wytłumaczył mi,że moje życie jest najważniejsze i,że to co postanowię będzie słuszne. Dzięki temu czułam się bezpieczna.

    • Marta, dobrze że miałaś wokół siebie wsparcie rozsądnych ludzi, którzy pomogli CI podjąć tę trudną decyzję. Dzięki za podzielenie się swoją historią!

  • Ustawa jest straszna, ale nie zapominajmy, że to tylko projekt, który, gdyby przeszedł, byłyby samobójstwem politycznym. Nawet członkowie pisu, w których inteligencję głęboko wątpię, nie są na tyle zaślepieni. Nie przejdzie na 100%. Zresztą strasznie denerwują mnie dyskusje o aborcji, bo obie strony zapominają, że jeśli kobieta chce to i tak to zrobi. Może w podziemiu, może zagranicą, ale to zrobi. Bez względu na jęki obrońców życia. Dyskusja toczy się w obrębie trzech skrajnych przypadków, w których nasze państwo pozwala nam decydować i trzeba być naprawdę bezdusznym, żeby zmuszać kobiety do noszenia ciąż po gwałcie, takich, które zagrażają życiu lub takich, w których dziecko przeżyje tylko parę minut po narodzeniu w strasznym bólu. Jaki to ma sens? I dla matki, która będzie miała zniszczoną psychikę i dla dziecka? Postawa pro-lifeów bardziej przypomina „postaw się a zastaw się” niż jakiekolwiek logiczne myślenie. Z resztą w takiej sytuacji każde poronienie musiałoby być „przebadane pod kątem przestępstwa”, co już w ogóle zrujnowałoby psychikę wielu kobietom, które musiały przeżyć, to co Ty.
    Podzielam Twoją opinię, jestem za kobietami, nie za „poczętym życiem”, cokolwiek by to nie znaczyło. Nikt nie traktuje aborcji jako antykoncepcji, o czym chyba obrońcy zapominają. Z resztą tak jak mówiłam, jeśli kobieta chcę aborcji to i tak jej dokona, według własnego sumienia i naprawdę niczyje zdanie ani ustawa, nie są w stanie tego zmienić.

    • Tu masz rację, zaostrzenie ustawy było już wiele razy w planie. Za każdym zrobił się wokół tego duży szum, ale do zmiany przepisów nie doszło. To dowodzie, że kompromis który mamy może nie jest idealny, ale w naszych warunkach społecznych zgodny z realiami i potrzebny.
      Mam w pamięci artykuł, chyba w Wysokich Obcasach, który opisywał, jak łatwo dostępna jest aborcja i na jak wiele sposobów Polki jej dokonują. Trzeba tylko mieć pieniądze. Dlatego właśnie żądania środowisk pro life są aż nieprawdopodobnie oderwane od rzeczywistości. Oczekują przepisów, które nijak mają się do prawdziwego życia.

      • To jest „martwy” przepis i zawszę będzie martwy. Jeśli dojdzie do zaostrzenia, to tym bardziej nikt go nie będzie respektował. Można walczyć z wiatrakami, ale po co?

  • Gosiu, przeszłaś przez bardzo bolesny czas. Pomimo tego potrafisz o tym pisać spokojnie i trzeźwo.
    Z Twojego tekstu biją dojrzałość i troska o to, co bedzie z nami – kobietami – w przyszłości.
    Każda z nas śledzi bieżące wydarzenia, które prowokują do ostrej wymiany zdań i swoich racji.
    Pozostaje mi tylko życzyć w tym wszytskim dużo siły i mądrości, aby to wszystko przełknać i podjąć sluszne decyzje.
    Pozdrawiam Cię serdecznie, Gosiu 🙂

    • Dziękuję! Życzę tej siły i mądrości nam wszystkim – kobietom stojącym w obliczu trudnych decyzji.
      Serdeczności 🙂

  • Dziękuję Ci za ten szczery wpis. Nie wszyscy mają odwagę napisać – nie wiem, nie jestem pewna, jakby postąpiła. Mnie też daleko do wymachujących wieszakami feministek, działaczek, jestem daleka od fałszywego przedstawiania sprawy, do walki nie w swoim imieniu, poddawania się manipulacji. Rozumiem argumenty każdej ze stron. Obawiam się jednak, że porozumienia nie da się wypracować. Nie w tym temacie.

    • A ja dziękuję za komentarz 🙂 Obawiam się że masz rację, tu o porozumienie niezwykle trudno. Dlatego nie wstydzę się własnych wątpliwości i wolę się nimi dzielić z innymi kobietami, niż przekonywać je do stanięcia po którejś stronie.