Zabawnie nieprzystosowany wieczór panieński

druhny

 

Kiedy pierwszy raz rozmawiałyśmy o wieczorze panieńskim, powiedziałam mojej siostrze: po prostu przyjedź. Przyjedź do mnie kilka tygodni przed ślubem, pójdziemy sobie na miasto. Może uda się zgarnąć parę dziewczyn, posiedzieć w fajnym miejscu i pogadać. Może wypić kilka kolorowych drinków. Gdy myślałam o ślubie i wszystkich związanych z nim sprawach, wieczór panieński jawił mi się jako niewiele znaczący szczegół. Coś do odhaczenia po drodze, ale w sumie nic koniecznego. I gdyby go nie było, też specjalnie bym się tym nie przejęła.

Stało się jednak zupełnie inaczej. Kilka tygodni przed ślubem siedziałam w przytulnym pubie, a kufel parującego grzańca z czekoladą i cynamonem ogrzewał mi dłonie. Wewnątrz grzały mnie równie słodkie emocje. Kończył się wieczór pełen przygotowanych specjalnie dla mnie atrakcji. Pełen śmiechu i żartów, kobiecej życzliwości, wielu serdecznych słów, wspomnień i opowieści. Wieczór, podczas którego po raz pierwszy grałam w kręgle, brałam udział w karaoke i rozwiązywałam łamigłówki w escape roomie. Wieczór zabawnie nieprzystosowany do mojego życia i osobowości, ale jakże przez to uroczy. Mój osobisty panieński wieczór. 

 

Patrzyłam na zgromadzone wokół mnie dziewczyny i wciąż nie chciało mi się wierzyć, że włożyły tyle serca i wysiłku, aby zorganizować dla mnie to wszystko. Cieszyłam się, że są. Że to właśnie one. Z każdą z nich łączyła mnie jakaś więź, wydarzenie, wspólny kawałek drogi, na którym stałyśmy się sobie bliskie. W ciągu ostatnich lat stały się jednymi z najważniejszych kobiet mojego życia.

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszych przyjaciół poznajemy na studiach. Na imprezach, na stancjach i w akademikach, w wirze walki o zaliczone egzaminy i przeżycie na zupkach chińskich do pierwszego. Wśród młodzieńczych dramatów przemieszanych z beztroską. Że właśnie wtedy tworzą się najsilniejsze więzi. Bo potem zaczyna się już zwykłe życie w nudnym rytmie pracy od ósmej do szesnastej i wieczorami w czterech ścianach. Ktoś tak powiedział, a ja zapamiętałam. Z każdą nową przyjaźnią łamiąc tę zasadę.

Bo z dziewczynami, które zorganizowały mi wieczór panieński połączyło mnie właśnie to nudne życie. Pełne dorosłych problemów, pośpiechu i chwil wykradzionych na rozmowy przy kawie. Życie, w którym większa impreza odbywa się raz na kilka miesięcy i zwykle kulturalnie się na niej rozmawia. Przy sałatkach i winie. Połączyła mnie praca, która szybko pokazuje na kogo naprawdę można liczyć. Tam lojalność ceni się w  innych kategoriach niż pożyczanie sobie studenckich notatek. Połączyło mnie kilka dramatycznych wydarzeń, przez które łatwiej było razem przejść. I morze zwykłej codzienności.

Nie było wśród nich żadnej mojej przyjaciółki ze studenckich czasów, ani tym bardziej z piaskownicy. Myślę sobie, że życie łączy i rozdziela ludzkie drogi w nieprzewidziany sposób. Po cichu sprowadza ze sceny tych, którzy odegrali już swoją rolę. Ale zawsze stwarza szanse na zaistnienie nowych przyjaźni. Na poznanie ludzi, którzy aktualnie są nam potrzebni i przeżywają podobny do nas etap dorosłości.

 

 

Siedząc wśród moich przyjaciółek, z welonem wpiętym we włosy i piwem grzejącym mnie od środka i przez szkło, zastanawiałam się, czy my nie jesteśmy zbyt dorosłe na takie zabawy? Jest wśród nas kilka mężatek, jedna z nich wkrótce zostanie mamą. Jest kilka singielek, „panien na wydaniu” można by rzec, do których grona sama wciąż jeszcze się zaliczam. A tym właśnie wieczorem mam symbolicznie pożegnać  moje beztroskie, panieńskie życie. Mam się ostatecznie wyszaleć, tak jakbym do tej pory szalała co tydzień na klubowych parkietach. Mam pić, jakby ktoś ostatni raz postawił przede mną butelkę wódki. Wszystko to jest tak zabawnie nieprzystosowane do mojego stylu życia, które ma naprawdę niewiele wspólnego ani z imprezami, ani z alkoholem. A jeśli już, to w doborowym towarzystwie tego, z którym przyjdzie mi stanąć na ślubnym kobiercu. I raczej nie zamierzamy tych drobnych szaleństw porzucać, dopóki zdrowie, siły albo ewentualne dzieci nam tego nie zabronią.

Cały ten panieński obyczaj jest zabawnie nieprzystosowany do sytuacji wielu samodzielnych, dorosłych kobiet, które wychodzą za mąż. Bo wiecie, niby celebrujemy tu wielką, życiową zmianę. Symboliczne porzucenie panieńskiego stanu i wejście w rolę żony, gospodyni, pani domu, partnerki w życiu i w małżeńskim łożu. Do niedawna byłam przekonana, że wieczór panieński to kalka amerykańskich zwyczajów, jak Halloween, czy Walentynki. Ale jednak nie. Okazuje się, że jest on pochodną staropolskich tradycji i już wieki temu funkcjonował jako dziewiczy wieczór, rózgowiny albo rozpleciny. Obyczaj przygotowywania niedoświadczonej dziewczyny do roli żony od zawsze był ważnym „rytuałem przejścia”.

Dzisiaj jest nim bardzo rzadko. Większość dziewczyn wychodzących za mąż dawno już wyszła z rodzinnego domu. Mają za sobą pierwsze doświadczenia zawodowe, a czasem całkiem niezłą pracę oraz niezależność. Dziś już wręcz oczekuje się od kobiety, aby była kimś więcej niż tylko córką swoich rodziców. Nie będzie dla niej czymś nowym zamieszkanie ze swoim mężczyzną. Bo nawet jeśli nie mieszkała z nim do tej pory, na pewno zaliczyła kilka koedukacyjnych stancji lub akademików. Nie będzie czekała z zapartym tchem i pąsem na twarzy na pierwsze doświadczenia seksualne, bo prawdopodobnie ma już takowe za sobą. Wraz z zamążpójściem nic się gwałtownie nie skończy, ani nie zacznie. Tak jest również u mnie. Jasne, czekam z ekscytacją na obrączkę na palcu, na to żeby nazywać mojego mężczyznę mężem, na zmianę nazwiska i oficjalne bycie żoną. Ale z drugiej strony, już teraz nasze codzienne życie jest tak mocno splecione, że nie spodziewam się żadnych rewolucyjnych zmian.

A jednak cieszy mnie to, co dzieje się wokół mnie. Cieszę się, że udało nam się zebrać, spędzić ze sobą trochę czasu i zrobić coś razem. Fajnie, że z okazji mojego ślubu udało się zgromadzić dziewczyny, które znam z różnych środowisk, a które nie znały się do tej pory. To daje mi coś na kształt poczucia wspólnoty. Która mimo że fizycznie nie istnieje, to w wymiarze kobiecej solidarności, obecności i wsparcia jak najbardziej spełnia swoją rolę. Chociaż przez ten jeden wieczór. Jako mała namiastka nieistniejących już lokalnych społeczności, w których wszystkie kobiety się znały, żyły obok siebie i wspólnie uczestniczyły w ważnych momentach swojego życia. Pod tym względem wieczory panieńskie pozostały bardzo aktualne. Bo kobieca potrzeba tworzenia więzi i wspólnot nie zmieniła się od wieków.

 

I w końcu ja sama jestem zabawnie nieprzystosowana do tego całego zamieszania wokół mnie. To trochę jak być bohaterką urodzinowego przyjęcia-niespodzianki. Nigdy mi się nie zdarzyło. Ba, od czasów gdy mama robiła mi urodziny dla zaprzyjaźnionych dzieciaków z podwórka, chyba nigdy sama nie zorganizowałam sobie żadnej imprezy. Jestem absolutnie nieprzystosowana do bycia gwiazdą wieczoru i skupiania na sobie uwagi. Znacznie lepiej odnajduję się w roli organizatorki takich rzeczy i robienia czegoś dla kogoś.

Ale postanawiam dać się temu ponieść. Odpuszczam sobie i pozwalam się dziewczynom rozpieszczać, słucham dobrych rad, żartów i toastów, pozwalam się prowadzić po mieście w tym jednoznacznie białym welonie, oddaję uśmiechy przypadkowym ludziom i uprzejmie pozuję do zdjęć. Przyjmuję mnóstwo dobrych życzeń, bo tych nigdy za wiele. Traktuję ten wieczór jako próbę generalną przed dniem zero, w którym już  nieodwołalnie będę na świeczniku, w centrum uwagi, komentarzy, obiektywów i mniej lub bardziej oceniających spojrzeń. Jak każda panna młoda.

 

A potem wracam do domu z głową naładowaną myślami i chcę na gorąco napisać dla Was krótki tekst. I nie mogę, bo ciągle coś, bo praktycznie każde popołudnie jest przeładowane przedślubnymi sprawami. Więc kradnę po kilka chwil, żeby napisać po kilka zdań. I trzeba mi dopiero tej majówki, żeby go skończyć.

Tak samo, jak potrzeba mi tej majówki na wiele, wiele innych ważnych spraw. Dałam się zwariować weselnym szczegółom. I prawdą jest, że tkwi w nich diabeł. Że jest ich dużo, a niektóre są tak uroczo niepotrzebne. Ale w ogromnym stopniu zależy od nich piękno ślubnej uroczystości i mój osobisty komfort w tym dniu.

Także uciekam znów do moich ważnych spraw. Trzymajcie kciuki, żeby mi się wszystko powiodło w nadchodzącym tygodniu! A jeśli macie jakieś historie i przemyślenia związane z wieczorem panieńskim, to chętnie je poczytam 🙂

 

mój wieczór panieński

 

gosia

 

.

zdjęcie

.

  • Angel_6126

    Piękny tekst…Ciężko mi to określić, ale przemawia przez niego jakieś ciepło.
    I życzę oczywiście powodzenia, żeby udało się ogarnąć wszystkie potrzebne sprawy 😉

  • Wieczory panieńskie dzisiaj nie dość, że wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś to jeszcze mają inne znaczenie.
    Fajnie, że dobrze się bawiłaś 🙂 To chyba najważniejsze 🙂

  • Angelika Micek

    Twoje teksty są niesamowite! Bardzo przyjemnie się je czyta, dlatego z wielką radością czytam następne. A z tym tematem trafiłaś w samo sedno. Sama jestem przed moim wieczorem i już się nie mogę doczekać. Chociaż nie jestem zwolenniczką wielu zabaw i zadań dla przyszłej panny młodej. Dla mnie to żenujące. Mój wieczór chciałabym spędzić wśród najbliższych przyjaciółek, trochę potańczyć. Po prostu dobrze się bawić.
    Tak poza tym, wszystkiego dobrego na nowej drodze życia 🙂

    • Przede wszystkim dziękuję za ciepłe słowa i życzenia! I odsyłam 🙂
      U mnie jedynym zadaniem był „test na dobrą żonę”, sprawdzający jak dobrze znam mojego narzeczonego. Podobno nieźle mi poszło.
      Baw się dobrze na swoim wieczorze! Mam nadzieję, że będzie taki, jak sobie wymarzyłaś 😉

  • Cieszę się, że miałaś udany wieczór. Warto świętować, zwłaszcza z tak dużych powodów jak ślub.

  • randkiswatki

    Ciekawy wpis.Pozdrawiam

  • „Myślę sobie, że życie łączy i rozdziela ludzkie drogi w nieprzewidziany sposób. Po cichu sprowadza ze sceny tych, którzy odegrali już swoją rolę. ” aż mnie ciarki przeszły. Bo naprawdę tak jest, też to widzę.

    Cieszę się, że taki miałaś udany „rytuał przejścia” 😉 No i wiadomo, czekam na wpis o ślubie 😀
    Wszystkiego najlepszego kochana.

    • Ja już jakiś czas temu doszłam do wniosku że nie ma sensu zatrzymywać ludzi, którzy byli ważni na pewnym etapie życia, a potem się oddalili.

      Dziękuję! 🙂