jak poradzić sobie z żałobą

jak poradzić sobie z żałobą

 

W wielu trudnych momentach Twojego życia usłyszysz od ludzi wokół, że „wszystko będzie dobrze”. To zarówno wielkie kłamstwo, jak i szczera prawda. Bowiem ostatecznie wszystko naprawdę będzie dobrze. Ale najpierw czeka Cię długa droga, a po drodze będzie źle. Będzie cholernie ciężko, podle i do dupy. Na przykład wtedy, gdy choruje i umiera ktoś bliski.

Mało piszemy o śmierci na naszych ładnych, kolorowych blogach. A to temat, który jest w jakimś stopniu bliski nam wszystkim. Jak poradzić sobie z żałobą, jak znieść umieranie kogoś bliskiego? Opowiem Wam o tym. 

Wychowałam się w rodzinie, w której nie chroniło się dzieci przed śmiercią. Gdy umarł nasz dziadek, potem wujek, a za jakiś czas sąsiadka z piętra wyżej, nie oszczędzano nam prawdy i udziału w żałobie. Nie sądzę, żeby rodzice przeczuwali, że będziemy musiały dość szybko poradzić sobie ze śmiercią ich samych. Ale tak było. Krótko po mojej osiemnastce zachorował i umarł mój tata. Prawie dokładnie rok temu mama. Oboje na nowotwory. 

Bolesna choroba najbliższych, śmierć i żałoba jest więc czymś, przez co przeszłam już  nie raz. Chcę Wam opowiedzieć o tym, co mi pomogło i co uważam za ważne. Będę odwoływała się do własnych doświadczeń, zwłaszcza tych sprzed roku. Być może dla kogoś okażą się cenne. Nie będzie to jednak tekst, nad którym należy ronić łzy. Wręcz przeciwnie, chcę Wam pokazać, że nawet w najtrudniejszej sytuacji można i trzeba zachować nadzieję. 

ludzie

Gdy umierał mój tata było trochę łatwiej, stawialiśmy temu czoła jako rodzina. Ciężka choroba ma również takie właściwości, że jednoczy ludzi ponad konfliktami, które narosły przez lata. Pamiętam, że wówczas zjednoczyła i nas. W takich sytuacjach prawdziwym błogosławieństwem jest to, że można trzymać się razem.

Zdecydowanie trudniej jest opiekować się osobą terminalnie chorą w pojedynkę. Z tym właśnie musiałam się zmierzyć rok temu. Taty już nie było, moja siostra wyprowadziła się kilkaset kilometrów od domu, zaś pozostała bliska mi rodzina brała w tym wszystkim udział bardziej na telefon niż na co dzień. Codzienność z moją chorą mamą, wsparcie i opieka oraz milion trudnych spraw – należały więc do mnie. 

W takich momentach ważni są przyjaciele. Czułam wtedy bardzo mocno, że ich mam. Dziesiątki rozmów i telefonów. Przeróżne próby oderwania mnie od smutnej rzeczywistości. Słuchanie i milczenie. Wspólne łzy. 

Niektórzy bardzo dobrze wyczuwali czego potrzebuję i umieli mi pomóc. Ale w oczach wielu z nich widziałam też bezradność i przerażenie. I rozumiałam to. Ponieważ to jeszcze nie jest ten czas, kiedy się chowa rodziców. To powinien być czas, w którym wciąż dostaje się od nich wsparcie. Stracić ich, to przerażające. Rozumiałam  więc doskonale wszelkie bezradne próby wyrażania swoich uczuć i nikomu nie miałam niczego za złe. 

Jest tylko jedna rzecz, której nie wolno zrobić osobie zmagającej się z ciężką chorobą i jej rodzinie. Nie można przerzucać na nich swojego przerażenia i niedowierzania. Najbardziej bolały mnie teksty w stylu „to niemożliwe”, „ja w to nie wierzę”, „lekarze na pewno się mylą”. Cóż, ja wiem, że się nie mylą. W takich sytuacjach lepiej nie powiedzieć nic i zmierzyć się samemu z własnym strachem. 

 

związek/jego brak

Kilka tygodni przed tym, jak dowiedziałam się o chorobie mojej mamy, rozpadł się mój związek. Poważny związek, z którym wiązałam duże nadzieje. Miałam akurat tyle czasu, żeby trochę się pozbierać, zanim padł ten następny cios. Tak, było dokładnie tak źle, jak to wygląda. Życie rozsypało się w drobne kawałeczki. 

Z jakiegoś powodu po prostu  musiałam przejść przez to sama. I to, że w tak trudnej sytuacji nie ma przy tobie tej najbliższej osoby, na którą możesz liczyć, nie jest dobre, nie oszukujmy się. Jednak nauczyłam się też patrzeć na to z innej perspektywy. Lepiej jest zmagać się z jednym poważnym problemem na raz, niż pozwolić na to, żeby obciążało cię coś jeszcze. Trudny, wypalający się związek z osobą, na którą nie można liczyć, pociągnąłby mnie w dół, wiem to. Dlatego gdzieś w tym wszystkim czułam też ulgę, że wiem na czym stoję, że nikt mnie nie zawiedzie w najtrudniejszych chwilach, że będą przy mnie ludzie, którzy naprawdę do tego dorośli. 

Jeżeli więc związek nie jest dobry, w takiej sytuacji może okazać się wielkim obciążeniem. Ale jeśli daje prawdziwe wsparcie, może okazać się najlepszą rzeczą na świecie. 

 

wiara

Mam to ogromne szczęście, że mój bliski kolega jest księdzem. W każdej słabszej chwili mogłam do niego zadzwonić. Pamiętam, że rozmawialiśmy całymi godzinami o tym, co się dzieje. Ogromnie mi pomógł. Ale pomogło mi też to, że chwilami rozkładając ręce, przyznawał, że on też wszystkiego nie rozumie. Dawał mi prawo do łez, złości na Pana Boga i buntowania się. 

A jednak wiara bardzo mi pomogła przejść przez to wszystko. Znam siebie i wiem, że ta siła, którą wtedy miałam, nie była moja własna. Prosiłam o nią i dostałam. Wiem również, że bardzo wiele osób modliło się wtedy za mnie i moją mamę. To wszystko miało ogromne znaczenie. 

Wiara daje również nadzieję na ponowne spotkanie, kiedyś, po tej drugiej stronie. To ważne, gdy odchodzi ktoś, kogo się kocha i za kim się tęskni. Patrzyłam na moją mamę, która ogromnie cierpiała i mogłam mieć nadzieję, że to cierpienie nie jest ostatecznym kresem jej życia. Że czeka ją coś lepszego, ulga i szczęście, nawet jeśli teraz nie do końca umiem to pojąć i wytłumaczyć. Wiara w to, że życie się nie kończy jest być może w tym wszystkim najważniejsza. 

 

dbanie o siebie/życie/praca 

Kiedy dźwigasz tak wiele na swoich barkach, po prostu musisz dbać o siebie. Nie masz innego wyjścia. Starałam się o tym  pamiętać, wiedziałam bowiem, że jeżeli ja się rozsypię, będzie dużo, dużo gorzej. Za każdym razem więc, gdy wychodziłam z apteki z woreczkiem lekarstw dla mojej mamy, miałam też jakieś wspomagacze dla siebie. Wierzyłam jeszcze wtedy w suplementy. Starałam się wysypiać, starałam się odpoczywać zawsze wtedy, gdy było to możliwe. Wychodziłam z domu i spotykałam się z ludźmi, i gdy tylko mogłam rozmawiałam o głupotach. 

Pracowałam. W którymś momencie wzięłam też urlop, żeby trochę odpocząć, ale przez większość czasu pracowałam. W tamtym czasie koleżanka wciągnęła mnie w wpisanie artykułu i choć nie musiałam tego robić, zgodziłam się bardzo chętnie. To było absorbujące, a ja potrzebowałam czymś zająć myśli.

Płakałam. To też element dbania o siebie. Byłam silna jak lwica tylko przy mamie i w szpitalu. Płakałam zawsze, gdy miałam taką potrzebę, łkałam ludziom w słuchawkę, wypłakiwałam się na ramionach przyjaciół. Byłam przerażona i nieszczęśliwa całą sobą, nie było najmniejszego sensu temu zaprzeczać. 

 

świadomość umierania

Myślę, że towarzyszenie w chorobie komuś, kto jest świadomy tego, co się z nim dzieje, jest jednak odrobinę prostsze. Można o tym porozmawiać, można wspierać się nawzajem w cierpieniu. A potem można się również pożegnać. Tak to sobie wyobrażam.

W przypadku obojga moich rodziców było jednak inaczej. Oni bardzo wypierali to, w jakim są stanie. Nie dopuszczali do siebie myśli o śmierci. Nie rozmawiało się o tym. Za każdym razem trzeba było więc zmagać się z dwiema odmiennymi rzeczywistościami. Jedną z nich tworzy się wokół chorego, na jego życzenie. Żyje się wtedy tak, jakby nie działo się nic strasznego, a wszystkie negatywne emocje chowane są pod skórą. Ta druga, prawdziwa rzeczywistość to złe wyniki badań, rozmowy z lekarzami, smutek i łzy. W miarę możliwości w ukryciu.

Jednak czy można odmówić śmiertelnie choremu człowiekowi nadziei, jeśli tak bardzo chce ją mieć? Opiekując się mamą musiałam nauczyć się brać całą prawdę na siebie i szanować to, że ona nie chce jej znać. Myślałam oczywiście o tym, żeby z nią szczerze porozmawiać. Mi byłoby lżej. Ale nie odważyłam się i nie żałuję tego. Myślę, że śmiertelnie chory człowiek ma prawo przeżywać tę sytuację na własnych zasadach. Nie wolno wchodzić w to z butami. Być może normalność, nawet udawana, jest ostatnim bastionem, broniącym przed rozpaczą.

 

obecność przy śmierci

Lub nieobecność.

Moja mam umierała długie pięć dniu. W wielkim cierpieniu. Większą część tego czasu spędziłam w szpitalu. A gdy mnie tam nie było, zawsze był przy niej ktoś z rodziny. Bardzo chciałam wtedy, żeby ktoś po prostu zadzwonił do mnie i powiedział, że już jest po wszystkim. Nie chciałam przy tym być, nie czułam się na siłach. Zadzwoniła do mnie lekarka i powiedziała, że mam przyjechać. Że to już na pewno bardzo niedługo. 

Czasem po prostu nie możemy przewidzieć, jak się zachowany w tym najtrudniejszym momencie. Byłam tam, trzymałam ją za rękę. Nie żałuję tego, choć z całą pewnością wiem, że ten obraz zostanie mi przed oczami na całe życie. A nie było to spokojne, ciche umieranie. Jednak wiem też coś jeszcze. Wiem, że wszystko zostało zakończone. Nie ma nic, co moja mama w ostatniej chwili chciałaby mi powiedzieć, nie ma czegoś, z czym ja nie zdążyłam. Ta świadomość pomaga potem poukładać sobie wspomnienia. 

Myślę jednak, że tu nie ma dobrych i złych decyzji. Postępujemy tak, jak dyktuje nam serce i na miarę sił, które posiadamy. Nie można do niczego się zmuszać.

 

pogrzeb

 W pewien sposób on zawsze jest zaskoczeniem. Nawet jeśli od wielu miesięcy było wiadomo, że do niego dojdzie. Nie wiem czy można się w jakiś sposób przygotować do tych wszystkich trudnych decyzji. Na pewno jest łatwiej, gdy można o tym wcześniej porozmawiać, kiedy wiadomo czego chory by sobie życzył. Jak wiecie, w moim przypadku było inaczej.

Musiałam w bardzo szybkim tempie zadecydować o wielu rzeczach. Nic nie było ustalone wcześniej, nie miałam serca o tym rozmawiać ani myśleć. Ale gdy już było trzeba, spięłam się i zorganizowałam wszystko bardzo szybko. Może to dziwne, ale w takich sytuacjach adrenalina robi swoje. 

Pamiętam, jak wiele osób dziwiło się, że postanowiłam sama kupić mamie ubranie. Że mogę w ogóle o czymś takim myśleć w takiej chwili. A ja właśnie chciałam i mogłam. Znałam ją najlepiej. Nie chciałam, żeby w tej ostatniej chwili ktoś upodobnił ją do starszej pani, którą nigdy się nie czuła ani nie była. Kupiłam jej bardzo ładą sukienkę, czerwoną. Zawsze mówiła, że jest jej dobrze w tym kolorze. Kupiłam jej wysokie czarne szpilki, jakie nosiła w młodości. Wiem, że byłaby zadowolona ze swojego wyglądu. Potem, już w cmentarnej kaplicy dostałam opieprz od babci. Za to, że sukienka nie zakrywa kolan… Tak, takich sytuacji nie da się uniknąć. Tu nie ma prób generalnych. I absolutnie nie ma to znaczenia.

Pogrzeb to już naprawdę pożegnanie. Przynosi pewną ulgę, ale też pozostawia po sobie pustkę. W tej pustce jest miejsce na nowe życie. 

 

jak poradzić sobie z żałobą?

Po tym wszystkim, co się wydarzyło, mam swoją własną filozofię przeżywania żałoby. 

Na pewno trzeba sobie po prostu na nią pozwolić. Płakać zawsze wtedy, kiedy przychodzi taka potrzeba. Dać się sobą zaopiekować innym ludziom. Poodsuwać wszystkie sprawy, które nie wymagają pilnych działań na później. Poczuć tę pustkę, która pozostaje po osobie, która odeszła. Doświadczyć jej z całym żalem i smutkiem, które ze sobą niesie. 

A potem, po jakimś czasie, bardzo indywidualnym dla każdego człowieka – powziąć postanowienie: żyję dalej.

Ja bardzo wierzę w to, że jestem najlepszą rzeczą, jaką moi rodzice pozostawili po sobie. W jakimś sensie owocem ich życia. Wierzę też, że wszyscy których kochamy, którzy są dla nas ważni i odchodzą, pozostawiają w nas jakiś niezatarty ślad. Coś dobrego. To wszystko warto w sobie pielęgnować. Powrót do życia po śmierci najbliższych jest więc najlepszą rzeczą, jaką możemy dla nich zrobić. 

Dlatego właśnie ja nie przeżywałam żałoby w sposób standardowy, co chyba niektórzy mieli mi za złe. Nie nosiłam czarnych ubrań. Nie bardzo przejmowałam się odwiedzaniem grobów i paleniem świeczek. Nie unikałam śmiechu i zabawy. Bardzo chciałam wrócić do normalnego życia. Chciałam żyć jak najlepiej i najszczęśliwiej, oddając tym samym cześć pamięci moich rodziców. To w końcu oni powołali mnie do życia i wiem to, pragnęli dla mnie wszystkiego, co najlepsze. 

Bardzo się za nich modlę, każdego dnia. To mogę zrobić. Mogę też być w jakimś sensie kontynuacją ich życia. Dopisuję więc ciąg dalszy i staram się, żeby był jak bestseller, który kiedyś z dumą przeczytają 🙂

 

Nie wiem wszystkiego o umieraniu i żałobie. Nie przeżyłam śmierci ukochanej osoby, którą człowiek wybiera sobie na całe życie. Nie przeżyłam śmierci dziecka. Mam świadomość, że to wszystko niesie ze sobą inne jeszcze rodzaje smutku. 

Ale jedno mogę powiedzieć z całą pewnością. Żaden człowiek w naszym życiu nie jest nam dany na zawsze. Ludzie umierają bądź odchodzą, nie ma żadnej możliwości, żeby temu zapobiec. Trzeba więc nauczyć się wypuszczać ich z rąk i żyć dalej. To trudne i bolesne, gdy się kocha, ale właśnie dzięki tej miłości możliwe. 

Tak więc w najtrudniejszych momentach Twojego życia ktoś na pewno powie Ci, że „wszystko będzie dobrze”. Weź z tego to, co najlepsze, a resztę wybacz. Wszystko będzie dobrze, gdy tylko pozwolisz na to, żeby życie zaniosło Cię swoim nurtem tam, gdzie płynie. Bo życie jest dobre, warto mu zaufać. Prędzej czy później pojawią się w nim nowi ludzie, spragnieni Twojej miłości i pragnący Ci ją ofiarować. Zrób im miejsce. Wypuść z rąk to, co było. 

gosia

 

 

zdjęcie: morguefile.com

Powiązane teksty:

Zanurzyć się w życiowej pustce

Czy wszechświat jest nam przyjazny?

Jak o nim zapomnieć?

.

  • Małgosiu! Teraz już wiem, skąd Ty tyle wiesz o sile. Podziwiam Cię jeszcze bardziej niż wcześniej.

    Dobrze, że piszesz o tych rzeczach. Jest to pewne tabu, nie rozmawiamy o tym głośno. Przypomniał mi się jeszcze jeden blog, na którym w temacie umierania było sporo. 65redroses, kojarzysz? Piękna, młoda dziewczyna chora na mukowiscydozę. Możesz obejrzeć jej filmy, zdjęcia ze szpitala. Ciągle się uśmiechała. Raz była nadzieja na przeszczep, innym razem było wiadomo, że jest coraz bliżej końca. Jeju, jak jak płakałam gdy odeszła.

    • Z życia po prostu.
      Nie kojarzę, ale napisałaś o tym w taki sposób, że na pewno sobie znajdę.

  • Przepraszam…ale brakuje mi właściwych słów, by opisać moc tego, co przeczytałam…

    :*

  • Ania

    Zrobić miejsce. Wypuścić z rąk to, co było.

    Nic dodać, nic ująć. Tylko czemu to takie trudne?

    • Pewnie dlatego, że miłość to też obecność. I z tej obecności drugiego człowieka tak trudno nam zrezygnować.

  • Mam pewne doświadczenia związane z tematem umierania… Chyba kiedyś nawet wspominałam Ci o tym w komentarzu, pod którymś z Twoich wpisów. Tak sobie myślę, że gdybym pisała anonimowo, opisała bym to. Krok po kroku. Moją drogę przed. I po. Mój sposób na przetrwanie. Ponieważ anonimowo nie piszę, to mam z tym kłopot. Z taką ogromną dawką uzewnętrznienia się z tym, co trudne. Co dawno za mną, co doskonale pamiętam. Co mogła bym napisać ale coś mnie jeszcze blokuje. Może dojrzeję do tego.

    Z Twoich postów bije zawsze taki spokój. Coś, czego nie potrafię na tą chwilę ująć w słowa, ale myślę, że jak tylko mi się to uda, to to doprecyzuję 😉

    Ściskam, życzę uśmiechu!

    [ Magdalena ]

    • Tak, pamiętam Twój komentarz.
      Wiesz, myślę, że nawet jeśli nie napisałabym tego na blogu, to napisałabym to po prostu dla siebie. Przelewanie takich rzeczy na papier w jakiś sposób porządkuje wspomnienia. Pozwala nazwać to, co do tej pory nienazwane. Ale rozumiem Cię, nie przed wszystkimi musimy się uzewnętrzniać, naprawdę. Ja po prostu wiedziałam, że przeczytają to osoby, które zrozumieją. I tak się stało.

      Bo właśnie ostatnio mam w sobie dużo spokoju. To dla mnie samej niepojęte, ponieważ czas jest trudny, z wielu powodów. Ale domyślam się, że to jakoś widać w tym co piszę. Więc póki spokój jest we mnie, będzie odczuwalny na blogu 🙂

      Odściskuję! Z uśmiechem, a jakże 🙂

  • Co bym nie napisała pod tym tekstem, to będzie za mało… to napiszę tylko: podziwiam Cię. Za tą siłę, za mądrość i za to, że tak pięknie piszesz o ważnych i trudnych sprawach. Ściskam mocno!

    • To już bardzo dużo, Aniu. Dziękuję i ściskam również!

  • Co tu napisać…? Ścisnęło mnie w gardle…
    Bardzo jesteś dojrzała, bardzo.

  • Piękny tekst, Naprawdę. Zgadzam się absolutnie ze wszystkim, co napisałaś. Chciałoby się napisać, że z czymś bardziej lub mniej, ale dotyka mnie wszystko!

    Małgosiu, przed chwilą skasowałam swój komentarz, bo pisząc go powstałby mi cały rozdział. Albo nawet ze trzy. O umieraniu najbliższych, o gotowości na przyjęcie nieuniknionego, o domaganiu się od Niego nadludzkich sił, i co ważniejsze, otrzymaniu takiej duchowej mocy, że czyniło się rzeczy po ludzku niemożliwe. O rozstaniach, gdy się wie, że jutro może nie nadejść. O życiu i o Zwycięstwie.

    O najtrudniejszych chwilach w życiu, które paradoksalnie stały się czasem najbardziej wartościowym. O potędze działania Boga. Nie tylko w trudnych momentach i gdy trwoga.
    O tym wszystkim, nie umiem napisać, nie chcę na razie, by ktoś to czytał.
    Ale kiedyś Ci opowiem!

    • Boże drogi, widzę jak dobrze się rozumiemy. Ja wiem, że pisanie komentarzy to mało, ba nawet pisanie postów to mało. Bo ten powyżej mógłby być dużo dłuższy.
      To są takie doświadczenia i ukryte za nimi tajemnice, które czasem nawet trudno wyrazić słowami. A gdy się jednak próbuje, to tych słów zaczyna brakować.
      Ale wiesz, chyba jesteśmy w jakiś sposób powołani, żeby mówić o tym co trudne. Zwłaszcza, jeśli udało nam się odnaleźć w tym wszystkim sens i nadzieję.
      Opowiesz mi, wiem, że tak będzie! Kiedyś po prostu o tym wszystkim porozmawiamy.

  • Margerytka

    Cieszę się, że o tym piszesz, wiesz?

    Gdzieś słyszałam, że takie skrajne sytuacje jak choroba i śmierć w rodzinie nie tyle jednoczą, ile pokazują jakie są naprawdę relacje członków rodziny,bez udawania. Ja się o tym przekonałam i nie w pozytywnym sensie.

    Piszesz o reakcjach przyjaciół… ja się po śmierci Mamy przekonałam, jak wielu ludzi odchodzi bo zwyczajnie nie wie jak się zachować, bo ich to przerasta, bo dokładnie tak jak piszesz: to nie wiek by chować rodziców. Po śmierci Mamy z mojego życia wcześniej czy później zniknęło sporo osób, zostało tylko kilkoro, ale przynajmniej wiem że na nich mogę liczyć. Dla mnie dziwnym odczuciem było kiedy mojej bliskiej znajomej, która wiekowo mogłaby być moją mamą po śmierci jej taty mówiłam, że rozumiem ją… jak się czuje. I jednocześnie myślałam- że zazdroszczę komuś, kto mając lat ponad pięćdziesiąt miał oboje rodziców.

    A kiedy piszesz „Prędzej czy później pojawią się w nim nowi ludzie, spragnieni Twojej miłości i pragnący Ci ją ofiarować. Zrób im miejsce. Wypuść z rąk to, co było.” to czuję się jakbyś te słowa pisała dla mnie, mam poczucie, że to akurat powinnam sobie wręcz na czole wypisać, by zawsze o tym pamiętać.

    Dziękuję :*

    • Ja wiem, że Ty masz podobne doświadczenia i własne przeżycia z tym związane.
      W mojej rodzinie akurat choroba okazała się czymś jednoczącym. Przykro mi, że jednak nie zawsze tak bywa… Ale może to, że prawda o relacjach wychodzi na wierzch jest w jakiś sposób… uwalniające?
      Tak wiem, zmagamy się z problemami, które z reguły dotykają ludzi dużo starszych od nas. Ja też trochę zazdroszczę osobom, które mają obydwoje rodziców, ba, choćby jednego z nich. Staram się nie myśleć o tym za często, ale w pewnych sytuacjach poczucie braku wyłazi na wierzch. Chciałoby się jeszcze wciąż być czymś dzieckiem, po prostu. Nawet najlepsi przyjaciele pewnych miejsc nie zapełnią.
      Ja te słowa napisałam też dla siebie samej 🙂 Bo o takich rzeczach trzeba sobie wciąż przypominać, wciąż gdzieś umykają.
      Pozdrawiam ciepło 🙂

      • Margerytka

        Uwalniające jest na pewno… pozbywa złudzeń…

        Właśnie tak: chciałoby się być czyimś dzieckiem. Może dlatego czasem szukam bliskich relacji z osobami starszymi ode mnie. Wiadomo, że pewne miejsca nadal pozostaną puste ale… jakoś lżej.

        Czy znasz ten wiersz?:

        ***
        coś w życiu się kończy
        i coś się zaczyna
        po powitaniu
        musi przyjść rozstanie
        po uśmiechu
        niespodziewanie
        łzy mogą nadejść
        wielkim deszczem
        po burzy
        najczęściej wraca słońce
        tak jak po nocy
        dzień kolejny
        będzie szedł w nieznane
        po wielkim krzyku
        przyjdzie cisza
        która w uszach dzwoni
        trzeba ją podzielić
        po ciepłym lecie
        przyjdzie chłodna jesień
        liści latawce
        wiatr rozpruwał będzie
        i niósł za horyzont
        aż w mgle niepamięci
        zostaną na zawsze
        miną bezboleśnie
        i gniazda bocianie
        po raz kolejny pozostaną puste

        jaki sens
        będzie miał świat
        w którym już nigdy
        nie odnajdę ciebie
        co zrobić ze słowami
        które właśnie wtedy
        skamienieją
        na moich ustach

        Wacław Buryła

        :*

        • Nie znałam. Ale bardzo dobrze oddaje rzeczywistość przemijania. I zgodę na nie. Trochę smutkiem podszytą zgodę 🙂
          Dzięki.

  • Zajrzałam tu do Ciebie parę dni temu, zobaczyłam ten tekst, chwilkę czytałam i zamknęłam stronę. Stwierdziłam,że nie mogę tak swobodnie przeczytać tego wpisu, że jest wart wnikliwego czytania i uwagi..wart dłuższej chwili. Dobrze, że już nie cierpi.. moim zdaniem najgorsza jest bezsilność wobec cierpienia bliskich. Sami możemy wziąć na klatę wszystko..podoba mi się, że napisałaś, że dbałaś też o siebie, ja często o tym zapominam lub to lekceważę, a mama mi zawsze powtarza „Ty jesteś motorem tego wszystkiego, Ty jesteś najważniejsza i musisz pomyśleć o sobie”. Nie dziwię Ci się, że nie przechodziłaś standardowej żałoby..Ty znałaś ich najlepiej i już się nacierpiałaś, nie ma sensu w sobie jeszcze dłużej tego pielęgnować. Czasami chyba jest tak, że niektórzy już nie widzą sensu tego świata i wolą być w tym swoim…każdy zapewne przechodzi to inaczej, ale dobrze, że o tym piszesz. Boimy się takich tematów, a przecież nie ma nic bardziej ludzkiego niż umieranie..

    • Dziękuję. Za to, że Ci się chciało, za Twój czas.
      Tak, masz rację, czasem umiemy wziąć na siebie bardzo dużo, ale w obliczu cierpienia najbliższych dopada nas ta straszna bezradność. Doświadczyłam tego. W pewnym momencie już nawet modliłam się, żeby śmierć przyszła jak najszybciej, bo właśnie to cierpienie wydawało mi się najgorsze.
      A dbanie o siebie jest też czasem najlepszą rzeczą jaką można zrobić dla naszych najbliższych. Nie tylko umierających, może przede wszystkim dla tych którzy po prostu są obok i w jakiś sposób potrzebują naszej siły 🙂

      • to prawda:) zastanawiające jest to, że ci najsilniejsi najmniej dbają o siebie…

        • Tylko, że to potem wychodzi… Ja też muszę sobie czasem przypominać, żeby nie tylko dawać, ale i brać. Brać się za siebie 🙂

  • Powrot do zycia po smierci najblizszych mysle ze moja mama tam z gory sie z tego cieszy. Pozdrawiam Beata

    • Ja myślę, że oni tam zawsze cieszą się z naszego dobra 🙂

  • Ciekawy wpis nasuwa mi wspomnienia moich przeżyć. Dwa lata temu w maju rozpadło się moje wieloletnie małżeństwo, w lipcu zmarł mój ojciec, wprawdzie po długiej chorobie ale zmarł nagle i zupełnie niespodziewanie. Lekarze dawali mu spokojnie jeszcze jakieś dwa lata życia. Pod koniec sierpnia jak grom z jasnego nieba spadła na nas choroba mamy. Zmarła trzy tygodnie później. Zdrowa, pełna wigoru kobieta zgasła na moich oczach. Ja nie byłam przy śmierci ani jednego ani drugiego. Tak naprawdę przez przypadek, bo zresztą nikt z nas nie zakładał takiego scenariusza. Do ojca nie zdążyłam dojechać, a matka zmarła gdy lekarze zapewniali nas, że już wszystko jest dobrze. Moja żałoba po rodzicach trwała rok, choć właśnie jak czytam takie wpisy to czasem do mnie wraca. Czasem ciągle nie mogę zrozumieć jak to wszystko się stało.

    • Poruszyło mnie to, co napisałaś. Aż nie wiem co odpowiedzieć.
      Nie dziwię się, że wraca. Ja też mam czasem przed oczami obrazy z ostatnich dni życia mojej mamy. To już nie boli tak bardzo, ale ciągle żyje w pamięci.
      Mam po prostu nadzieję, że kiedyś zobaczysz w tym wszystkim jakiś sens.

  • Ja

    Bardzo dziękuję za ten tekst. Jestem w bardzo podobnej sytuacji do tej, którą Pani opisuje. Gdybym nie była w pracy, rozpłakałabym się teraz. Cztery miesiące temu zmarła moja mama. Chorowała na nowotwór, i choć wyniki były coraz gorsze, była pozytwnie nastawiona.
    Kilka tygodni po jej śmierci zakończyłam 1,5-roczny związek, planowaliśmy razem dziecko, choć ciągle było coś nie tak. Paradoksalnie kilka tygodni po śmierci mamy miałam więcej siły niż teraz.

    Mam tatę, którego wspieram, ale którego nie daję rady wspierać. Jest ogromnie depresyjnym człowiekiem, teraz spowodowane jest to odejściem mamy, ale różne problemy były i wcześniej.
    Mam rodzeństwo – brata, którego rodzina się rozpada i który jest niełatwy, nie mamy najlepszych relacji, choć kochamy się, mam też siostrę, z którą jestem bardzo blisko, ale która przeżywa swoją dodatkową żałobę, spowodowaną zdiagnozowaną bezpłodnością, małe są też ich szanse na adopcję.
    Mamy babcię staruszkę, opieka nad którą jest horrorem, a niestety rodzina zamiast pomagać.. nie pomaga.
    Mieszkam w innym mieście niż tato i rodzeństwo.
    Nieraz nie daję rady, nie mam sił. Nieraz nie daję rady z zalewem smutku. Mam wsparcie terapeutyczne, choć nie korzystam z niego tak jak może powinnam. Wydawało mi się, że powinnam po wielu latach terapii radzić sobie lepiej. I radziłam, miałam wiele siły w chorobie mamy, walce o rodzinę własną, ale nie dałam rady więcej.
    Dziękuję Pani za Pani słowa. Zastanawiam się, jak „radziła sobie” Pani z zalewającym smutkiem, takim, z którego wydaje się nieraz, że człowiek się nie podniesie i wpadnie w czarną rozpacz.