zaufać snom, czyli zaufać sobie

dream

 

Właściwie nie wiem, jak to do końca jest z tymi snami. Jestem zbyt racjonalna na to, żeby przypisywać im sprawczą moc w moim życiu. Aby wierzyć w senne proroctwa i przepowiednie. Może odrobinę przeraża mnie ta strefa bezkrólewia, nad którą nie mam kontroli i której do końca nie rozumiem. Tym terenem włada niepodzielnie podświadomość, a ta jak wiadomo jest nieokiełznana i dzika. Tak, wiem że można to wszystko w pewnym stopniu kontrolować, że to kwestia treningu, jak wiele innych rzeczy w życiu. Ale nigdy mnie do tego nie ciągnęło. I właściwie jeśli już miałabym mieć nad snami jakąś władzę, to wolałabym je rozumieć. Ponieważ w to akurat wierzę: w sygnały i symbole produkowane przez uwolnioną spod kontroli podświadomość. W sny jako nośnik informacji o mnie samej i to takich informacji, których nie odczytałam w świadomej sferze życia. 

Tak więc miałam ostatnio sen. Z gatunku tych śnionych tuż przed przebudzeniem, intensywnych i wyraźnych, stworzonych do zapamiętania. Sen, o którym bardzo chciałam natychmiast zapomnieć, żeby go przypadkiem nie zrozumieć i nie odczytać zawartego w nim przesłania. Ale w końcu uznałam, że trzeba stanąć twarzą w twarz z tym demonem. Spróbować zaufać snom. I wtedy, gdzieś ponad strachem pojawiło się zrozumienie. 

 

Śniła mi się moja mama. I to uderzyło mnie najmocniej, gdyż nie śniła mi się od bardzo długiego czasu. Sny, w których się pojawia są zazwyczaj nieprzyjemne i mroczne. Tak też było tym razem. Dużo ciemnych barw, jakiś nieokreślony ciężar i niepokój. Znacie to uczucie, kiedy w ciągu dnia sen blednie i traci coraz więcej szczegółów, wyraźnych tylko tuż po przebudzeniu? U mnie również rozmywał się z każdą godziną, ale i tak nie potrafiłam się od niego całkowicie uwolnić. Mimowolnie łowiłam pamięcią poszczególne obrazy, detale i uczucia. I właśnie taka mozaika została mi w pamięci. Jeżeli była tam jakaś historia, nie znam jej sensu.

 

Pamiętam więc moją mamę zagubioną i biedną, mamę którą trzeba się opiekować. Taką, jaka była w ostatnich miesiącach swojego życia. Pamiętam ją w czarnej rozkloszowanej sukience. To jest dziwne, bardzo dziwne, gdyż nigdy takich sukienek nie miała i nie nosiła. Jest coś dziewczęcego w tym stroju, co czyni ją jeszcze bardziej bezbronną i kruchą. Stoi zagubiona gdzieś z boku w tłumie ludzi. Ci ludzie zgromadzili się na pogrzeb i ja również jestem wśród nich. Patrzę na moją mamę, a ona jako jedyna z nas wszystkich płacze. I mam świadomość, ze patrzę na nią z dezaprobatą, myśląc sobie że tak płakać nie wypada, że skoro ja potrafię być silna i opanowana, to czemu ona nie umie? Jako jedyna płacze i jako jedyna siedzi na jakimś murku czy ławce. Tak jakby jako jedyna nie miała sił.

To właśnie najbardziej wyraźna i najdłuższa scena, jaką pamiętam. Są jeszcze jakieś pourywane migawki. W każdej z nich próbuję się mamą zająć, daję jej książkę, żeby sobie poczytała, tłumaczę coś jak dziecku. To akurat nie jest ani straszne, ani dziwne, to jakby echa ostatnich miesięcy, które spędziłyśmy razem.

 

Straszne jest wrażenie, które pozostało mi po tym śnie i przekonanie, że może być to dla mnie jakaś przepowiednia. I lęk przed nią. Spróbujcie sobie wyobrazić, jakie nasunęły mi się skojarzenia. Pogrzeb, płacz, smutek, moja zmarła mama. Czyli nic dobrego. Uświadomiłam sobie, jak niewiele potrzeba aby obudzić we mnie uśpiony na chwilę lęk przed stratą. A ja mam co tracić i mam kogo tracić. Jak każdy z resztą. 

 

No ale strach strachem. Przepowiednia przepowiednią, a racjonalne myślenie też jest od czegoś. Uczę się więc patrzeć na takie rzeczy w kontekście i powoli je sobie chałupniczym sposobem tłumaczyć. Bo jakoś nie wierzę, żeby moja własna podświadomość chciała sparaliżować mnie lękiem. Już bardziej w to, że próbuje mi coś wytłumaczyć.

 

Pamiętacie tekst o dziewczynkach, które nigdy nie dorosły? Opowiadałam wtedy trochę o swojej. Cóż, nie jest to tylko odrobinę szalona i urocza część mnie. Ta jest spoko, za rękę ją i na lody. Dziecko to również symbol słabości, którą już dużo trudniej w sobie polubić i zaakceptować. Mi bardzo trudno. 

Słabość, z którą na co dzień walczę tak uparcie przyszła do mnie we śnie. Patrzyłam na jej kruchość, dziewczęca sukienkę i łzy. Przyszła w postaci najbliższej mi osoby, która była ucieleśnieniem słabości w ostatnich miesiącach swojego życia. I którą musiałam wtedy wspierać swoją siłą. Przyszła ze swoim szczerym płaczem bez żadnego wstydu, ze swoimi potrzebami i lękami, z całą swą niedoskonałością i niemocą. 

Moja własna słabość nie jest tak dramatyczna i mroczna. Jest inna, skrojona na moją własną miarę, jak uszyta specjalnie dla mnie sukienka. Jest wszystkim tym, czego w sobie nie lubię. Wypływa na powierzchnię w moich potrzebach i prośbach. Nie lubię potrzebować i prosić, nie lubię być zależna, nie lubię tracić pod nogami gruntu samowystarczalności. To jest słabe.

Ale jest też potrzebne. Tak jak mojej mamie we śnie potrzebny był płacz, odpoczynek i opieka. 

 

I wiecie, nigdy nie miałam odwagi kupić sobie takiej sukienki. Rozkloszowanej, dziewczęcej i zwiewnej. Najlepiej kwiecistej. Chyba urosła ona w mojej świadomości do pewnego rodzaju symbolu. Tego, co niedojrzałe. Beztroskie i naiwne. Słabe, po prostu słabe i delikatne, jak kobieta, która taką sukienkę nosi. Ale racjonalnie tłumaczę sobie, że to po prostu fason nie dla mnie. Mam przecież tak szczupłe nogi, w takich sukienkach szczupłe nogi gdzieś giną.

Myślę sobie teraz, że może właśnie po to są sny. Żeby wytłumaczyć i odczarować pewne symbole. Odkryć zakryte karty. I nie po to, żeby napełnić nas strachem, ale pokazać skąd ten strach właściwie pochodzi. Aby pomóc rozwiązać zaciśnięte na supeł pęta lęków i utartego myślenia. Są jeszcze jednym potężnym źródłem wiedzy o tym, co w nas siedzi. 

W takie sny wierzę. W to, że zaufać snom to tak naprawdę zaufać sobie.

 

PS Jeśli nie przeraża Was temat snów i szukacie rzetelnego źródła wiedzy na ten temat, polecam cykl artykułów u Joanny. Merytorycznie, rzeczowo i na temat. Bez odlatywania w kosmos. Bardzo przekonujące, nawet takiego sceptyka, jak ja 🙂

.

gosia

 

 

.

zdjęcie

  • Ja wierzę w swoje sny, bo zawsze ostrzegają mnie przed najmniejszym problemem i to dosłownie, zdarza mi sie usłyszeć we śnie, że konkretnego dnia tygodnia coś się wydarzy, albo o konkretnej nawet godzinie i to się dzieje. Nie rozumiem, ale wierzę. Rzadko śnią mi się sukcesy, zwykle są to ostrzeżenia. Albo to: Kilka lat temu miałam olbrzymie problemy z pewną osobą. Zawsze, kiedy TO się miało wydarzyć, śniła mi się moja zmarła babcia w trumnie, czekającą na pogrzeb, która nagle zaczyna ożywać i straszyć mnie. Pewnej nocy udało mi się wreszcie babcię pogrzebać i powiedziałam we śnie „no nareszcie się skończyło”, od tamtej pory probem też się cudownie wręcz zakończył. Ciary mi chodzą, kiedy to opowiadam, ale tak właśnie mam.

    • A mnie ciary przechodzą kiedy to czytam! To jest właśnie ten aspekt snów i śnienia, który budzi we mnie niepokój. Ale jeśli mówisz, że tak jest, to Ci wierzę. Wiem, że takie historie zdarzają się po ludziach.

  • Ale mnie cieszy przeczytanie czegoś takiego – i nie mówię tu o poleceniu mojej serii, a o sceptyku, który zaufał snom 😀

  • Ja nie jestem fanką senników, nie biorę wszystkiego dosłownie i nie staram się interpretować każdego snu, ale gdzieś tam po części przychylam się wierzeniu, że sny mogą mieć głębsze znaczenie. Dlatego czasem zastanawiam się nad tym, jakie znaczenie dla mnie mógł mieć sen, zwłaszcza jeśli dany sen się powtarza. Bo – nie wiem czy to dobrze czy nie – zdarzało mi się, że te powtarzające się sny sprawdziły się w rzeczywistości.

    • Ja też nie roztrząsam wszystkiego, tym bardziej że sny wyraźne i „fabularne” miewam dość często. Czasem od razu wiem że to głupoty, ale czasem intuicja podpowiada, że warto nad jakimś snem pomyśleć.
      A widzisz, więc musiały one nieść dla Ciebie jakieś przesłanie.

      • Właśnie – intuicja – to chyba kluczowy czynnik. To właśnie ona podpowiedziała mi, że powinnam przyjrzeć się tym snom i ich posłuchać. I muszę przyznać, że w pewien sposób właśnie to mnie „ocaliło”.